Infos

Sie befinden sich in den Archiven der Kategorie Bad Driburg 2010.

Februar 2012
M D M D F S S
« Nov    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
Kategorien
Links

Archiv der Kategorie Bad Driburg 2010

No i było….

Wróciłem

Dzień drugi


 Zasnąć długo nie mogłem i do tego wcześnie się obudziłem. Już po piątej byłem na nogach. Wedle rozkładu jazdy o 6:35 mam się zameldować u siostry na pobranie krwi. Siostra co prawda była, ale zdziwiona, czy ja spać nie mogę. Bo tak normalnie to nikt się przed siódmą z łóżka tu nie zwleka. 

Ale po skłuciu nic do roboty. Około dwunastej, przed obiadem dowiedziałem się, że wszelkie zalecenia, plany zajęć i informacje lądują tu w skrytce pocztowej przy recepcji, trzeba tą skrytkę sprawdzać zawsze przed posiłkami. No i o dwunastej sprawdziłem. O 11:30 było pokazywanie kliniki nowoprzybyłym. Sam sobie obejrzałem J.

Następny termin – 14:30 –Grupa ćwiczeń (Übungsgruppe]. Wchodzę na salę gimnastyczną – na środku siedzi na taboretach kilkanaście osób. Przyszedł trener, dalej siedzą. Zaczynamy „ćwiczyć“ – dalej siedzą. Dwa razy poruszaliśmy rękami, dwa razy nogami. Odstawić taborety do kąta – koniec ćwiczeń. I jak tu nie spaść z taboreta?

Za to po południu wybrałem się w poszukiwaniu internetu do Padeborn. Miasteczko Uniwersyteckie, siedziba Biskupa, katolickiej Szkoły Wyższej, etc. etc. Z Bad Driburg jeździ tam prywatny pociąg, lubują tu się w takich rozwiązaniach.  Udało mi się tym razem kupić co chciałem, jak widać zresztą, bo dlatego mogę te „blogowanie“ uskuteczniać. Jako, że na kolację zdążyć nie było już szansy, a i od nastęnego dnia oczekiwała mnie miska z owsem, pozwoliłem sobie na Döner Teller w całkiem sympatycznej tureckiej knajpce.  Po powrocie do Bad Driburg postanowiłem znaleźć skrót do kliniki, bo ulicami jest trochę daleko do dworca. No jak to skrót, okazał się trzy razy dłuższy od normalnej drogi J  Ale tylko dlatego, że go szukałem w nieodpowiednim kierunku. Za to wiem już jak wygląda bardzo śliczny park uzdrowiskowy i część miasteczka, w której normalnie nie miał bym co szukać. No i oczywiście teraz znam ten prawdziwy skrót.

O tym, że cały pozostał wieczór spędziłem przed komputerem, pisać pewnie już nie muszę?

Dzień pierwszy


CO niektórzy już pewnie chcieli by się dowiedzieć jak to było z tym kuniem? No to jadziem z tym koksem !

O ósmej rano czekało na mnie śniadanko, opłukałem więc pysio, zszamałem co nieco i po uregulowaniu należności (19 Euro – w cenie śniadanie) popedałowałem w stronę kliniki. Spokojnym krokiem niecałe 5 minut i już recepcjonistka skierowała mnie na mój oddział. Siostra pokazała mi mój pokój, dostałem klucze i pierwszą listę zadań do wykonania.

1. EKG

2.Zjeść obiad

3. Wizyta u lekarza oddziałowego

Wizyta u lekarza była całkiem miła. Pani doktor – Węgierka wypytała o co się dało i o trochę więcej. No i strzeliła mi gola – dostałem zakaz pływania. Podwójnie podkreślony. Żebym się nie zdyszał w wodzie. Ale na moje marudzenie przynajmniej wysłała mnie w trybie nagłym na EKG pod obciążeniem,żeby sprawdzić, czy wolno mi się moczyć. Wygląda na to, że ktoś im tu musiał zejść w basenie, bo dla mnie basen był zawsze czymś co łagodnie pozwala się pogimnastykować, a nie narzędziem tortur, przed którym pacjenta trzeba chronić. Ale co zrobić, postanowiłem się podporządkować.

No i okazało się, że lekarstwa które biorę na moją cukrzycę nie za bardzo dobrze robią moim nerkom i pani doktor zarządziła u mnie  „Owsiane dni“. Trzy dni dostawał będę rano, w południe i na kolację michę owsianki. Gotowanej na nieosolonej wodzie. Taka mała midniczka pełna szarej brei. I w celach pomiarowych muszę zjadać do dna. Do tego dostaję tak ok 50 gram kompotu. Na szczeście wodę i herbatę wolno mi pić, uff…. Z tym kuniem to tak nie całkiem, bo każdy szanujący się koń, jakby coś takiego dostał do jedzenia, toby się uśmiał. I skopał właścicielowi dupę….

Na stołówce zrozumiałem obawy pani doktor. Średnia wieku 70 lat, 65% o lasce albo o kulach. Potem dowiedziałem się, że większość to ludzie po ciężkich operacjach kardiologicznych. Wszystko fajnie, tylko co ja tu robię?

 

Pierwszego dnia zaliczyłem jeszcze centrum miasteczka, pooglądałęm główną ulicę, nie kupiłem Sticka do Internetu – na takich zadupiach używają pewnie jeszcze gołębi pocztowych. Mają za to fajny BürgerBus – mały Busik kręcący rundy po mieście, tak, że z pod Kliniki można kilka razy w ciagu dnia dojechać do centrum (i abarotno, rozumie się).

 

 

By było, czyli jak zostałem kuniem…


Wesoło jest, a właściwie wesoło się zaczęło.

Do pociągu wsiadłem już z takim stresem na karku, że szkoda gadać (no i gadać nie będę).

Pierwszy raz w Niemczech udało mi się jechać w pociągu, jakby był to osobowy Kraków - Kołobrzeg. Pełno było tak, że dało się tylko stać, a i to niewygodnie, bo pełno wszędzie było bagażów. Na szczęście podróż miała być wieloetapowa, więc pierwszy pociąg miał mnie dowieźć tylko do Hamburga. No ale nie dość, że pełny, to jeszcze udało mu się na krótkiej trasie złapać 15-cie minut opóźnienia. W Hamburgu musiałem więc cwałować (po pełnym dworcu), aby złapać moje połączenie. A był to ICE, więc na regionalne połaczenia takie nie czekają. Z tego cwałowania nie zauważyłem, że z odstępem 10 minutowym ruszają w moim kierunku DWA ICE. A że było już praktycznie po czasie odjazdu, udało mi się zapytać konduktora czy tenże pociąg jedzie do Kassel (tam mialem następną przesiadkę). Ten potwierdził, więc zacząlem szukać mojego zarezerwowanego miejsca. Nie tylko miejscam ale i wagonu nie znalazłem, bo jak się można domyślić siedziałem, a właściwie wędrowałem w złym pociągu. Ten co prawda faktycznie jechał do Kassel, ale dojeżdżał tam 5 minut po odjeździe mojego połączenia.

Nic to – pomyślałem sobie – przecież taki mały osobowy pewnie będzie miał opóźnienie, albo poczeka na ICE.

No i trafiłem, opóźnienie miał, ale mój ICE – prawie 40 minut później niż powinien dojechał do Kassel. Na dworcu zero informacji gdzie może odjeżdżać pociąg do Altenbeken. Więc znowu cwał do informacji, po to tylko, aby się dowiedzieć, ze mój pociąg właśnie odjeżdża z peronu 10-ego. Cwał na peron – może jeszcze stoi. A muszę wyjaśnić, że dworzec w Kassel ma wyjątkowo długie perony, a mój plecak był wyjątkowo wyłądowany. Odczekałem więc moją godzinkę, aby złapać następne połączenie. W międzyczasie było wydzwanianie na kwaterę gdzie miałem nocować.  No i jakże by inaczej, komórka też się zaczęła pultać, że akumulator pusty. Jeszcze dodzwoniłem się do domu, żeby Ania dałą znać na kwaterę, że zamiast o 20-ej pojawię sie przed 11-tą. Na szczęście właścicielka pensji wpadła na pomysł, żeby taksówkę na dworzec podesłać. Nastęne dwa połączenia jakimś cudem zafunkcjonowały i dotarłem do Bad Driburg. Dzień pierwszy zakończyłem w spokojnym, czystym łóżeczku.

 

A o tym kuniu, to jeszcze będzie, nie bójcie żaby…

NO, Reisefieber na całego !

Już jutro, 15:09 wyruszam do Bad Driburg. Zespolone siły natury, lekarzy i moja Ania zmusili mnie aby wybrać się na Kur, czyli mówiąc po ludzku - do sanatorium. Walizy spakowane - co ja mówię spakowane, już Hermes zabrał je i czekają na mnie w sanatorium.

To na razie w temacie, w poniedziałek wieczorem pierwsze wrażenia….

|