Jeszcze trochę i moje fanki i fanowie o mnie zapomną. Więc aby tego uniknąć, postanowiłem o sobie przypomnieć.

Sąsiad, jak wspominałem, był rzeźnikiem i pracował, jak to tu się na forum mówi – na gewerbie. J

To znaczy, że był Selbständig i pracował w różnych rzeźniach. Pracowała chłopina na akord, więc doliczając dojazdy, bo w okolicy miejsca pracy dla niego nie było – to można powiedzieć, że pracował całymi dniami. Wieczorami zasiadał przed telewizorem z baterią puszek z piwem, opierał brzuszysko o kant ławy… No i tak wyglądała ich wegetacja. Mieli w ogródku trochę warzyw, kury, kaczki, gęsi. Dzieci nasze miały ogromna radochę ganiając za kaczkami, bawiąc się z całym tabunem kotów i spierniczając w podskokach przed gąskami. Znaczy się Artur miał, bo Alicja to na początku raczej w kojcu i wózeczku poznawała świat.

No, ale Richard za cholerę nie mógł pojąć, dlaczego ja – chłop co bądź wielki (mam 191 cm wzrostu), posiadający na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci – siedzi na socjalu i wygniata dziurę w sofie przez cały boży dzień. Moje tłumaczenia, że ja pracować nie mogę, a nawet mi nie wolno, nie były w stanie do niego dotrzeć. Hanne-Lore załatwiła mi więc pracę. W naszej wiosce była duża szkółka roślin ogrodowych. Więc pewnego poniedziałku stawiłem się tam do pracy – powołując się na HL. Przepracowałem grzecznie i pracowicie cały tydzień. A praca lekka nie była – niezależnie od pogody cały dzień przesadzało się różne rzeczy, od małych krzaczków zaczynając, po całkiem już solidne drzewka. Pakowało się róże i inne byliny do wysyłki, etc., etc.

W piątek zostałem zawołany do księgowej, bo wypłata była co tydzień. No i księgowa chciała formalności uregulować, aby dać mi umowę o pracę i zarejestrować mnie gdzie trzeba. A moim jedynym dokumentem była azylancka świnia. Kobiecina złapała się za głowę. Co prawda moje zarobione pieniądze dostałem. Ale w poniedziałek miałem już oczywiście nie przychodzić. I najlepiej nie przyznawać się nikomu, że ten tydzień w Baumschule Rohwer przepracowałem. Oprócz zarobionych pieniążków, to większym pozytywem dla mnie było oficjalne potwierdzenie dla Ryszarda – ANDREASOWI NIE WOLNO PRACOWAĆ. Ile ta chłopina się z tym namęczyła, nie jesteście w stanie sobie wyobrazić. Potrafił nawet czasami, po dziesiątym piwie próbować się do nas dobijać o trzeciej w nocy. Bo on chce pogadać o polityce niemieckiego państwa, które skazuje mnie, biedaka, na socjal…

No, ale dosyć szybko zacząłem pracować na czarno u naszego gospodarza. Płacił mi co prawda tylko 5 marek na godzinę, ale zawsze były to jakieś pieniądze extra. Robiłem wszystko co się dało. Na szrocie i dużym gospodarstwie zawsze było cos do roboty.

 

Dieser Beitrag wurde unter Witaj, Dojczlandzie... veröffentlicht. Setze ein Lesezeichen auf den Permalink.

Ein Kommentar zu

  1. linka9 sagt:

    Byłaby, z pewnością. Zrobię korektę, bo mam ortograficznego bzika. Pisz dalej. Pozdrawiam z Marl, a już niedługo z Kłodzka.

Kommentare sind geschlossen.