Obok nas, jak już wspominałem, mieszkała Hanne-Lore z Richardem.  Richard był rzeźnikiem, posiadał potężny brzuchol, był bardzo rubaszny i prosty. Hanne-Lore też, ale obydwoje byli nam bardzo pomocni. Zakochali się naszych dzieciach (swoich nigdy nie mieli) – tak, że byli dla nich prawie nowymi dziadkami. Artur bardzo szybko nauczył HL, że sok jabłkowy to „jabko” i takie tam inne śmiesznostki powstawały z tych kontaktów. Dostaliśmy od nich meblościankę, bo stałą im w komórce, a nam się bardzo przydała, bo praktycznie wszystko ze starych mebli nadawało się tylko do spalenia. Brat Wischowskiego, który w tym domu mieszkał do śmierci, wszystkie pieniądze, jakie miał przekazywał na kościół i o siebie i swój dom wcale nie dbał. Wyjaśniło się, dlaczego tak tanio nam dom wynajęto, i dlaczego nie miało znaczenia, żeśmy azylanci. Po prostu Burmistrz Gnutz zagrodził grzywną, jeśli wokół domu się nie poprawi. Gnutz starała się o tytuł „Najpiękniejszej Wsi” i taki zaniedbany domek psuł szanse na zdobycie takowego.

Pomału przeobraziliśmy dom tak, że zaczął wyglądać jak miejsce pobytu ludzi. Wytapetowaliśmy i wymalowaliśmy na biało, co się dało. Rozliczyliśmy z socjalem remont. A nawet dostaliśmy pralkę i nową kuchenkę elektryczną, bo stara nie nadawała się nawet do muzeum – tylko na złom. Nasza pani Frahm bardzo się cieszyła, że jak coś kupujemy, to ona nie musi extra płacić za transport – no, bo ja wszędzie jeździłem naszą Chewettą.

Dieser Beitrag wurde unter Witaj, Dojczlandzie... veröffentlicht. Setze ein Lesezeichen auf den Permalink.

2 Kommentare zu

  1. linka9 sagt:

    I co dalej? Napisz książkę, to zrobimy w Kłodzku promocję:) pozdrawiam.

  2. admin sagt:

    Ja wiem, czy z tego była by książka?

Kommentare sind geschlossen.