Witaj, Dojczlandzie, wersja blogowa…

To ja, ten co dla was pisze:

IMG_5707

Przyjechałem do Niemcowa troszkę wcześniej niż Andrzejek 4646, bo w 88 roku zeszłego stulecia. Ale żeby to moje pisanie miało ręce i nogi to muszę zacząć od roku 87-go. Miałem wtedy 26 lat. I z kolegą Markiem zachciało nam się Zachodu. Rok 87-my to jeszcze jak pamiętają co niektórzy, to pełna komuna. Za paszportem trzeba było stać w kolejkach, dostawało go się (albo i nie) tylko na udokumentowane potrzeby. Naszą „porzebą“ był wykupiony w Grecji 7 dniowy pobyt na Campingu. Paszport dostaliśmy, wystaliśmy wizę Grecką i ….. Niemiecką. Bo myk był w naszej wyprawie taki, że obyczajem polskiego turysty chcieliśmy „co nieco“ sprzedać w Jugosławii i ewentualnie Grecji a potem załapać się na jakieś winobranie w Niemczech. Ja nie byłem zmotoryzowany, kolega zaś posiadał dwa samochody – Fiata 125p i Poloneza. Ale obydwa w stanie nadającym sie najwyżej na wycieczkę do najbliższego warsztatu. Zapadła więc decyzja – do granicy w Grecji dojedziemy koleją, a dalej autostopem. cdn

Spoko, spoko, będzie ciąg dalszy. Na razie okrutnie sioę zdrzaźniłem, bo pól godziny pisania poszło w kosmos. Super jest to forum zaprogramowane. Jak tupnąłem na wyślij to mi zameldował, że ma błęda i mój tekst się poszedł….. NO, to teraz przełączam się na edytor tekstu i będe wklejał. Wrrrrrr…… Test wklejania 🙂 O, działa. No to biorę się do pisania.

No, zaczynam od przeprosin, bo skłamałem z tymi pociągami. Bilety mieliśmy do Szegedu, bo Jugole to już zachodnie taryfy mieli na bilety i nam było za drogo. Cały mój wycieczkowy kapitał to było 39 dolarów, które i tak w miarę możliwości miały wrócić w całości do domu. Potrzebne były tylko aby Grekom na granicy udokumentować „turystyczność“ naszej wyprawy. Tak więc zapakowawszy dwa olbrzymie plecaki i wózeczek (taki mały wózek z dwoma kółkami, z drutu, co to normalnie nadawał się do torby na zakupy) wybraliśmy sie na dworzec. Jeszcze w sprawie wózeczka – był na nim namiot 8-ka, namiot dwójka, konserwy, zupki w proszku, makarony, kasze, kocher i inne takie. To wszystko (oprócz namiotu ósemki, bo ten był na handel) miało służyć naszemu odżywianiu. Mieliśmy nadzieję dokupywać tylko chleb i mleko. Nawet napoje mieliśmy w proszku. Z przerwami tyrystyczno-piwno-zakupowymi (Praga – Hradczany i PIWO, Budapeszt – Karimaty) dotarliśmy do Szeged. Z dworca taksówką wraz z dwoma panienkami dowożącymi zaopatrzenie kumplom handlującym w Jugosławi dojechaliśmy do granicy. I pierwszy był to dla nas szok, bo jugolska granica była już taka jakaś inna jak nam znane granice demoludów. No i jeden z wielu szoków dla pograniczników (no bo jak to, wy tak na piechotę?). Dowlekliśmy sie krótko przed 22-gą do pierwszego miasteczka za granicą. No i nasz wózeczek chrupnął, skrzypnął i się rozsypał. Akurat staliśmy przed portiernią jakiejś fabryki – okazało się, że to fabryka rowerów. Więc po dłuższej debacie z portierem, jak już nas zaczynały boleć ręce, chłopina chwycił za słuchawkę i wykonał telefon. Pojawił się jakis majster, zabrał nas wózeczek, a my dalej prowadziliśmy intensywną konwersację z portierem. Ten serbski to okazało się wcale tak daleko nie odstaje od polskiego i ruskiego, więc nawet musieliśmy mniej machać. I wrócił majster – TADAAAAA. Nasz wózeczek przestał byc wózeczkiem, a stał się WÓZKIEM, nie powiem, że wozem bo to by już była przesada. Ale chlopcy w fabryce nie tylko zespawali pęknięcie, ale wzmocnili gdzie sie tylko dało całą konstrukcję stalowymi prętami. I nic nie chcieli za to… Noc spędziliśmy na ławkach w parku – korzystając z węgierskich karimatek.

Z ranka udało się złapac stopa. Turecki TIR miał nas zabrać aż do Niszu. Turek trochę mówił po polsku. Fajnie się jechało, nakarmił nas nawet na jakimś parkingu. Pierwszy raz wtedy jadłem miodowego melona z ostrą suszoną szynką. Zapijaliśmy mocną i strasznie słodką herbatą. Dojechalibyśmy z nim do tego Niszu, ale bardzo chciał zamienić nasz namiot na jakies badziewne radio samochodowe. A że mu sie nie udało, to wysadził nas na obwodnicy Nowego Sadu. Jakoś dotelepaliśmy się do miasta. Trzeba było wymienić jakąś kasę, bo tubylczej waluty nie mieliśmy. Poznaliśmy dzięki tej wymianie ciekawą cechę bałkańskiej braci. Są to ludzie tak uczynni, że stawiają sobie za punkt honoru ZAWSZE pomóc potrzebującemu. Więc nawet jak nie rozumieją o co się ich pyta i nie znają odpowiedzi, to i tak odpowiedzą. Kiedy więc 10-ty zapytany wskazał nam inną drogę do banku (za każdym razem fałszywą), a okazało się, że pod tym poszukiwanym bankiem stoimy od samego początku, to… Z kasą w kieszeni dumnie wyjechaliśmy na obwodnice autobusem komunikacji miejskiej. No i na tym sie nasza jazda na razie skończyła. Podziwialiśmy wspaniały jakościowo asfalt jugolskiej drogi, ale zatrzymać nikt sie nie chciał. Zainteresował się nami w końcu pastuch wypasujący wzdłuż drogi stadko owiec. Po dłuższej „rozmowie“ kiedy już zrozumiał cel naszego biwakowania na poboczu – wyskoczył na środek drogi i robiąc ze swojej pasterskiej lagi szlaban zatrzymał piersza nadjeżdżająca cieżąrówkę. Po chwili siedzieliśmy w szoferce, plecaki na pace i jedziemy. Kierowca, młody chłopak,był miłośnikiem ludowej bałkańskiej muzyki. Nie tylko przekrzykiwał wokalistów słuchanych przez siebie zespołów, ale i tańczył wraz z nimi. Siedząc za kierownicą. Bo żeby ją trzymał, to bym nie powiedział. Wytrzymaliśmy jakieś 20 km i poprosiliśmy o zatrzymanie się. Jakimś cudem złapaliśmy następnego stopa, który dowiózł nas do centrum Belgradu. Na obrzeża miasta dostaliśmy sie już po zmroku. Więc niewiele widząc rozłożyliśmy się na jakiejś polance otoczonej gęstymi krzakami. Jakie było nasze zdziwienie przy pobudce, kiedy okazało sie, że śpimy w środku takiej pętli dojazdowej do autostrady. I jugoslcy ludkowie mają radochę, bo z nasypu było nas fajnie widać. Ale już bez większych przeszkód dotarliśmy do Niszu, gdzie w akademiku Akademi Medycznej miał być nasz znajomy na jakichs praktykach. Akademik znaleźliśmy, znajomego nie, bo gdzieś wyjechał. Ale byli znajomi znajomego. Szokiem dla mnie był standart tego akademika. Klitki 3 na 4 metry, w środku 2 piętrowe łóżka. Obskurne łazienki i…. toalety. Takie typowe kucane dziury w podłodze. Pełna załamka. Do tego towarzystwo tak spanikowane, że nie było mowy o noclegu w akademiku i spaliśmy na ławkach otaczających boisko w pobliżu akademika. Następnego dnia atrakcje bazaru. Mieliśmy troche jakiś szmat, biseptole, trochę Orwo-wskich filmów no i nasz namiot. Drobnica poszła w miare szybko. Znalazł się jakis chętny na dowolną ilości ORWO-wskich filmów. Proponował stała współprace i odbiór każdej ilości tego dobra. Chłopaka był mocno namolna i robił wrażenie jakowegoś oszusta. Uratował nas nalot jugolskiej policji, a nas to, że uwierzyli, że nasz namiot ósemkę rozbijamy na łączce przy bazarze aby go przesuszyć. Namiot udało się sprzedać i mając w pamięci trudności z autostopem powędrowaliśmy na ddworzec i pociągiem dojechaliśmy do Gevgeliji przy greckiej granicy. Mały włos a dojechalibyśmy całkiem gdzie indziej, bo zawiadowca bałkańskim zwyczajem pokazał nam z pięć pociągów, które jego zdaniem miały jechać tam gdzie my chcieliśmy. Pewnie za cholerę nie rozumiał, czego od niego chcemy. Ale pomóc przecież trzeba.

Zanim mi się od grupowiczów oberwie, to się sprężę i coś napiszę. Tylko spojrzę gdzie skończyłem. Aha, grecka granica. No to jedziem z tym koksem.

Jugole, jak to Jugole, podziwowali się, że idziemy na piechotę, ale nas puścili. Doszliśmy do Greków. A Grecy udają Greka. My ani słowa po grecku, Grecy ani słowa po niegrecku. Dodam, że z języków obcych to władaliśmy rosyjskim. Hehe.. Ale Grecy nie w ciemię bici. Zobaczyli polskie paszporty, więc stwierdzili, że jak Polacy, to na handel jadą. Tu byli w błędzie, bo od targu w Jugosławii to byliśmy już tylko turystami. Nic nie mieliśmy, co by było przeznaczone, albo nadawało się na handel. Ale nakazano nam całą zawartość plecaków i naszego wózeczka rozłożyć na drewnianych ławkach na przejściu. O oglądali każde majtki, skarpetki, etc. W końcu jeden przyczepił się do mojego noża – miałem taka typową finkę z tamtych czasów, z rękojeścią z plasterków skóry i piłką na grzbiecie. Grek stwierdził, że to zabójcze narzędzie, bo te ząbki to do wyciągania flaków u dziabniętej ofiary. A ja mu na to (oczywiście dużo machając rękami), że to piłka, że na ognisko gałązkę. No to to grek zaczął piłować ławkę, dopiłował się połowy szczebelka, z uznaniem zaczął kiwać głową i…. I strącił z ławki jakąś wodę kolońską z naszych „toaletowych” zapasów. Butelka, jak to butelka, była ze szkła i się stłukła. Grecy zbledli, kazali nam się szybko spakować i sobie iść. Takim trafem byliśmy jedynymi ludźmi z polski bez listy „towarów” wpisanych do paszportu, jakich spotkaliśmy na greckiej ziemi.

Jak nas puścili, to stwierdziliśmy, że na granicy nie będziemy łapać stopa, bo to jakoś tak niewyraźnie przebywać zbyt blisko umundurowanych osobników i postanowiliśmy przejść kawałek dalej.

Nie byliśmy świadomi dwóch rzeczy – Grecy nie uznają autostopowiczów, jeśli wśród nich nie ma długonogiej blondynki – i że na autostradzie stopa się nie łapie. Staliśmy tam chyba z 24 godziny. Miejsce było dziwne, bo autostrada jest tam wkopana we wzgórze i nad nami były opustoszałe budynki, bo przy budowie odcięto im drogi dojazdowe. W największy gorąc nawet się w jednym takim budynku przespaliśmy i dalej staliśmy. Na szczęście poniżej autostrady byłą małą stacja benzynowa, gdzie mogliśmy czerpać wodę, bo by nas chyba zabrało w dalsza podróż pogotowie.

W końcu zatrzymał się stary VW Busik z Niemcami i zabrali nas!!! Camping mieliśmy wykupiony w Paralia Panteleimonos, ale mi się gdzieś zapodziała kartka i chyba z upału cos mi się pokiełbasiło i wysiedliśmy i daliśmy się zawieźć do Platamonas. Po skonsultowaniu mapy i adresu naszego Campingu stwierdziliśmy, że trzeba wracać z buta. Daleko niby nie było, bo jakieś 6 km, ale my mieliśmy dwa wielkie plecaki i nieszczęsny wózeczek. No to to wleczemy się uliczką na samym morzem (https://maps.google….ps?hl=de&tab=wl) . Pierwszy raz widziana grecka architektura zadziwiała, słońce paliło a my się wlekliśmy noga za nogą. Zdziwiło mnie tylko, że z wody co kawałem wystawały dziwne słomkowe cosie. Po dokładnym przyjrzeniu się okazało się, że były to grubawe starsze turystki szukające dosyć pasywnie ochłody w wodzie, z której wystawały same głowy w słomkowych kapeluszach.

Tak sobie leźliśmy i leźliśmy, aż wreszcie naszą ciekawość wzbudziły jakieś dziwne kupki liści leżące przy drodze. Przy dokładniejszym zbadaniu okazało się, że to kupki orzechów laskowych, a nie liści. Jeden śpiwór pozbył się pokrowca, który dostał nowe zadanie – worka na orzechy. Dowlekliśmy się jakoś do głównej drogi. Ta wiła się jakimiś zakrętami, z jednej strony góra z drugiej poważny spadek, co by go nie nazwać przepaścią. Nawet nie próbowaliśmy łapać stopa, tylko zrezygnowani ciągnęliśmy z buta. Nagle zatrzymało się obok nas małe autko, jakiś francuski maluch. Wyskoczyła z niego kobieta – pasażerka. Nawrzeszczała na nas, nawrzeszczała na męża – który wrzeszczał na nią. Oczywiście wrzeszczeli po grecku, więc ni chu chu z tego nie rozumieliśmy. W każdym razie zapakowała nas, plecaki i wózeczek na tylne siedzenie (auto było dwudrzwiowe, w policzek miałem wbity koniec rurki od zderzaka, a kółko od wózeczka nie powiem w co mnie ugniatało). Dowieźli nas pod sam kemping, bo kolega miał, jak się okazało, cały czas w kieszenie koszuli kartkę z nasza rezerwacją, tylko w niemieckim busiku nie wpadł na to, żeby ją wyjąć.

Było już około 20-ej, jak postawiliśmy nas namiocik na fajnym miejscu pod drzewem. Camping był przy samej plaży, więc stwierdziłem, że czas na ochłodę. Plaża wyjątkowo piaszczysta, więc nic nie hamowało mojego pędu do wody. Na plaży byłą taka typowa budka – bar, gdzie wesołe towarzystwo drinkowało wesoło. Cos tam do mnie dotarło, że wszyscy się mocno rozdarli, jak zobaczyli mnie pędzącego do wody – no ale darli się we wszystkich możliwych językach, tylko nie w jakimś ludzkim (czytaj – polskim).  Czemu się darli zrozumiałem w momencie, kiedy wpadłem w dosyć spore skupisko meduz. Na szczęście parzyły tylko trochę mocniej od pokrzywy. Jak myślicie – szybciej byłem w wodzie, czy z powrotem na brzegu? Okazało się, że wieczorami nie dało się wejść do wody, bo wtedy podpływały bliżej brzegu.

Kurna, znaczy się nici z mojego gadania. Dobra, niech wam będzie.  Dla nielubiących słuchać powtórzę, wiec to co „opowiedziałem” w formie pisanej:

Następnego ranka obok naszego namiociku pojawił się pomarańczowy maluch z bagażem na dachu. Dwie blondynki i młody chłopaczek ustawiali campingowy stolik i krzesełka. Nie pamiętam już skąd byli i jak się nazywali, ale byli sympatyczni. Bardzo spodobało się im nasze śniadanie: ryż z makaronem gotowane na benzynowym kocherku  J. Nasze picie też było fajne – kranówka z oranżadką w proszku. Cóż, zasoby finansowe mieliśmy mikre, liczyliśmy na to, że poprawimy te zasoby w Deutschlandii. Nasze koleżeństwo było bardzo zeźlone na greckich celników, bo ci intensywnie pozapisywali im prawie wszystko, co wieźli na handel na stronicach paszportu. Pozostało im tylko znalezienie jakieś pracy. My z Markiem nasz pobyt w Grecji chcieliśmy spożytkować raczej wypoczynkowo, więc namówiliśmy kolesia, aby z nami się wybrał stopem aby coś zwiedzić. Co, to już nawet nie pamiętam. Blondynki postanowiły poprawić karnacje leżąc cały dzień na plaży, więc (dalej nieświadomi jakie są zasady korzystania z autostopu w Grecji) stanęliśmy na pobliskiej drodze i…. Nawet nam się udało zatrzymać jakiegoś TIRa po dwóch godzinach machania, ale pan kierowca, kiedy się zorientował, że żaden z nas nie przypomina blondynki, a do tego pogadać z nami też nie pogada, stwierdził dosyć szybko, że on tu skręca. I mimo, że przedtem mówił, że jedzie do samych Aten, więc w okolice przez nas pożądane mógł nas spokojnie podrzucić. Wiem, że staliśmy na obwodnicy Larisy chyba do 10-ej w nocy i nikt nas nie chciał zabrać. Poratowali nas – kto by pomyślał – Niemcy.  Dotarliśmy w nocy na camping, zchachani i z poparzonymi głowami. Cały dzień na palącym słońcu i nic do picia. Dobrze, że tak się skończyło. Okazało się, że nasi znajomi spali w trójkę w tymże maluchu, bo nie mieli sprzętu typu namiot. Ale camping był już zapełniony jakimś kolejowym towarzystwem z polski, które dobrze już dało w bambus. Było wesoło, kolorowo i zarzygano… Rano pobudkę urządziły nam greckie gospodynie domowe (120 żywej wagi, z wąsatymi brodawkami). Przyszły na zakupy, bo poczta pantoflowa doniosłą, że dojechali nowi Polacy. Kolejarze jakimś cudem nie mieli litanii w paszportach, więc żelazka, kryształy, obrusy i inne cudeńka zmieniały się w upragnione dinary. My przez następne kilka nocy mocowaliśmy na namiocie kartkę „NO BUISNESS”, co by nie musieć każdego ranka wypędzać z namiotu uroczych greczynek. Następnego dnia wybraliśmy się na podbój Olimpu. Ktoś gdzieś tam słyszał, że można niego spokojnie w jeden dzień wejść i zejść. Pół dnia zabrało nam dotarcie do miasteczka położonego u jego stóp (maluch stał, bo paliwo w Grecji było za dewizy). Bardzo zdziwiło nas, czemu w południe miasteczko wygląda jak wymarłe. Łaziliśmy wzdłuż i w poprzek, zwiedziliśmy kilka małych sklepików ( z otwartymi gębami podziwiając zachodnie wyroby). Dodam, to był nasz pierwszy wyjazd na zachód. Ja się bardzo zachwyciłem nie wiem czemu, taka fajną taśmą samoprzylepną w żółtym kolorze. I klejem UHU. Kiedy około 17-ej zaczęli się na ulicy pojawiać Grecy, nam się zdawało, że oni zamykają swoje knajpki i lokale. A oni otwierali…

Trzeba było wracać, bo Olimp okazał się tak dostępny jak mity Greckie. Cud się wydarzył i zatrzymał się jakiś młody rolnik pickupem. Ja w kabinie, reszta na pace. Kręta górzysta droga i grek, któremu się wydaje, że jest kierowca formuły 1. A koleżeństwo na pace, mało nie wyrwało mu reflektorów z dachu, usiłując nie wypaść.

Dobra, ciesz się dalej:

My z Markiem, po naszych stopowych doświadczeniach doszliśmy do wniosku, że trzeba jakoś inaczej opuścić ten piękny kraj.  Jako, że nasi znajomi szukali pracy, pojechaliśmy z nimi na te poszukiwania. I naprawdę, bez problemu jechaliśmy maluchem w piątkę! Zajechaliśmy do jakieś wiejskiej tawerny. Dzięki naszym blondynkom szybciutko zaproszono nas do dużego stołu, gdzie miejscowi gasili pragnienie po ciężkim dniu pracy. Po krótkiej rozmowie, zakończonej bólem rąk, zabrali nas na plantację oliwek i przykazali być z rana – tylko obowiązkowo z blondynkami. Jakoś tak wyszło, że do tej pracy nie pojechaliśmy, tylko wybraliśmy się następnego dnia do Katerini. Jedyne co pamiętam z tego wyjazdu to grecki sklep z futrami, gdzie obsługa rozmawiała po polsku, reklamy na wystawach były po polsku – całą ulica nastawiona byłą na „turystów” z polski. Wieczorkiem znowu ruszyliśmy na poszukiwanie pracy. I my z Markiem następnego dnia udawaliśmy murzynów. Zbieraliśmy bawełnę. Z nami na polu było kilka greckich matron, które raczej zajmowały się paplaniem, a nie pracą. My z Markiem zebraliśmy tej bawełny ze dwa razy więcej niż one. Fajnym akcentem było przywiezienie w południe przez naszego chłopa całej paki pickupa pełnej arbuzów. Wykiprował to na „miedzę” i stwierdził, żę to „jakby nam się chciało pić”. Obok rzucił maczetę do otwierania „butelek”. Fakt, arbuzy fantastycznie gaszą pragnienie. Tylko problem był z następstwem zjedzenia trzech arbuzów naraz. Najbliższe krzaki były dość daleko i greczynki miały radochę, jak cwałowaliśmy do nich za potrzebą.

W każdym razie pieniędzy zarobionych na plantacjo bawełny starczyło akurat na bilety do granicy bułgarskiej. No, nie całkiem, bo jeden dzień byliśmy jeszcze na campingu, więc obżarliśmy się owoców, które sprzedawał przy wejściu na kamping cwany grek. I kupiliśmy sobie w „Supermarkecie” na campingu bochenek białego chleba i mleko. Wiecie jak to smakowało po dłuższej diecie z zupek z torebki, makaronu i ryżu?

Z tego greckiego epizodu pamiętam jeszcze dzikie obozowisko Polaków na plaży niedaleko naszego campingu. Mocno pracowali na opinię naszego narodu. Wiem, że skończyło się to najazdem policji po jakiejś wielkiej awanturze i pobiciu kilku zagranicznych turystów. I jeszcze wiszące wszędzie i suszące się na słońcu warkocze fig, bo te rosną sobie wszędzie, jak krzaki przy drodze, więc nasi rodacy robili darmowe zapasy. Pierwszy raz widziałem wtedy drzewa oliwkowe, pomarańczowe, hektary pól pokrytych arbuzami. No i cudowne morze śródziemne.

Jak zdrowie pozdrowi, na pewno pojadę jeszcze ta, tym razem samochodem, aby obadać ten camping, wejść na Olimp i zjeść prawdziwe greckie gyros, souvlaki i inne smakołki, których wtedy nie mogłem spróbować z braku kasy, a właściwie przelicznika kursów jaki wtedy obowiązywał. Bo kogo było stać na jedzonko w knajpie, które kosztowało miesięczną wypłatę. U mnie, tu gdzie mieszkam, mamy fajnego Greka, często do niego chodzimy, ale on sam nam powiedział, że tu gotuje się dla Niemców. Tak jak oni sobie grecką kuchnię wyobrażają.

No cóż, grecka przygoda się skończyła. Dojechaliśmy pociągiem do greckiej granicy. Tam przesiedliśmy się w bułgarski pociąg. Problem był jednak taki, że nie mieliśmy gotówki. Gdy przyszedł konduktor, po długich dyskusjach zapłaciliśmy mu za dwa bilety moimi jeansami z ODRY, które miały niesamowitą renomę u Bułgarów. Najlepsze było to, że musiałem zdjąć je z dupy, bo miałem je na sobie. Całe szczęście, że miałem inne spodnie. Do dzisiaj pamiętam szczęśliwego konduktora, powtarzającego:

– Super Odra Jeans, super.

Jesteśmy w Sofii. Wymieniłem na postoju taksówek (oczywiście na lewo – takie czasy) 10 dolarów i dumnie zakupiliśmy w kasach biletowych dwa bilety do Pragi Czeskiej. Nawet na małe jedzonko wystarczyło. Ludzie, ta jazda trwała prawie 24 godziny. Jeśli wyląduję kiedyś w piekle, to tak sobie wyobrażam poczekalnię u Lucyfera. Przedziały drugiej klasy wyposażone były w drewniane ławki. Do tego oparcie było dziwnie wyprofilowane, ale w stosunku do siedzenia pod kątem 90 stopni. Kolejką podmiejską to można by tak przejechać 20 km, ale nie te prawie 1900 km, bo pociąg jechał przez Bukareszt. Ciekawy był wjazd do Rumunii, pociąg poddany bez dezynfekcji, przejeżdżał przez takie bramy z prysznicami. Przed wjazdem do Rumunii ostrzegano nas, aby nie jechać z otwartymi oknami, bo wyspecjalizowani Rumunii wchodzą do przedziału, łapią co popadnie i wyskakują w czasie jazdy przez okno. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie przystanek pod semaforem. Jak okiem sięgnąć nie było tam żadnych domów. Szczere pola, ale natychmiast po zatrzymaniu obok pociągu pojawiły się dziesiątki dzieci z wyciągniętymi rękami. Ludzie rzucali co mieli, jakieś butelki z piciem, drobniaki. Ja miałem zapakowaną kanapkę zrobioną w Sofii na podróż. Dzieciak który ją dopadł, jadł ją prawie razem z papierem w który była zapakowana. W Bukareszcie na dworcu zadziwili nas ludzie, całe setki ludzi z workami pełnymi chleba. Z workami, takimi dużymi jutowymi workami, co to mieszczą 50 kg mąki, czy innego czegoś. Ktoś nam wyjaśnił, że jedynie w Bukareszcie wolno było sprzedawać chleb bez kartek. Nie chcieliśmy za bardzo w to wierzyć i jako, że pociąg miał chyba ze trzy godziny postoju wyszliśmy „na miasto”. Faktycznie nie znaleźliśmy ani jednego sklepu w którym można by było cos kupić. Tubylec, którego zapytaliśmy gdzie można cos kupić do jedzenia skierował nas do pobliskiego hotelu. Faktycznie, tam było jedzenie. Ale na zasadzie naszego PEWEX-u, za dolary.

pociag

W Pradze skorzystaliśmy z resztek koron, aby zjeść wreszcie coś normlanego i dotarliśmy na obrzeża miasta w kierunku na Pilzno. Dosyć szybko zatrzymał się przy nas autobus, który okazał się pojazdem służącym jakiejś czeskiej grupie rockowej do podróży trasach koncertowych. Kierowca jechał odebrać chłopaków z Pilzna. To był naprawdę wesoły autobus.

Cholerka, muszę przerwać….

Z Pilzna to już jakoś trochę stopem, trochę piechotą (z naciskiem na piechotę) dotarliśmy na granicę w Rozwadow. Dzisiaj tam jedzie się autostradą, wtedy było to przejście graniczne między Wschodem a Zachodem. Z zasiekami, wieżyczkami, a tomowymi minami.  Czesi zaparli się, że tego przejścia to w żądnym wypadku nie wolno pokonywać na piechotę, więc błagaliśmy kolejnych kierowców wyjeżdżających do Niemiec, co by nas ktoś tylko do przejścia niemieckiego zabrał. Ktoś się wreszcie ulitował (a odstęp między Czechami i Niemcami to było chyba ze 4 km) i zabrał nas do szlabanu RFN. No ale tam nas wysadził i zaczęła się moja przygoda z Niemcami. Skonani byliśmy niemiłosiernie, więc jakoś doczłapaliśmy do małej knajpki za granicą. Poświęciliśmy się (a właściwie nasze zasoby finansowe) i kupiliśmy sobie po herbacie. Potem uprosiliśmy właściciela, żebyśmy mogli na tyłach jego knajpki na trawniku rozbić namiot.  I spaliśmy jak zabici. Pierwsza noc na prawdziwym zachodzie. Bo ten grecki był jakiś taki siermiężny. Te baby handlujące, te tysiące Polaków „turystycznie” okupujących każdy camping i każdy możliwy sklep w miasteczkach, gdzie sprzedawano towary chodliwe w Polsce oplakatowany napisami – „mówimy po Polsku”.

Następny dzień rozpoczęliśmy dłuższym marszem. Bo chcieliśmy dotrzeć do autostrady, co by jak najszybciej dostać się w okolice Neuwid. Dostaliśmy się więc do tej autostrady. Właściwie pod wiadukt, górą którego ta autostrada biegła. Jako bardzo doświadczeni autostopowicze wleźliśmy na tą autostradę i zaczęliśmy machać. Za chiny nie mogliśmy zrozumieć, czemu ludzie błyskają na nas światłami, machają rękoma przed czołem i w ogóle reagują na nas, jakby widzieli małpy w klatce.

Chyba po 5 godzinach dotarło do nas, że chyba nie należy do ogólnie przyjętego sposobu jeżdżenia stopem – zatrzymywania samochodów na środku autostrady. Zeszliśmy z autostrady, doszli do zjazdu na autostradę i tam po 15 minutach siedzieliśmy w potężnym mercedesie ze starszym dystyngowanym Niemcem. Czasy były jeszcze trochę inne (nie każdy Niemiec jechał do Polski na urlop po swój samochód J). Więc pan, który okazał się właścicielem dużej kancelarii adwokackiej, bardzo się cieszył, że wiezie dwóch młodych Polaków, tak fajnie podróżujących po Europie. Trochę tych niemieckich słów, które znałem pomogło w konwersacji, więc dał nam adres swojego syna w Norymberdze, też adwokata. Każąc go koniecznie odwiedzić, przekazując pozdrowienia od tatusia. I wysadził nas na obwodnicy Norymbergii. Na dodatek wepchnął nam na siłę po 10 marek, mimo, że okrutnie się broniliśmy. Na tym zjeździe spędziliśmy chyba z 24 godziny. Pamiętam noc spędzonych w gęstych krzakach, co by nas z autostrady nie było widać. No i najważniejsze. Tam pozbyliśmy się wreszcie naszego cholernego wózeczka. Resztki jedzenia które nam zostały i namiot dały się rozdzielić między nasze plecaki.

Masz na myśli mały przerywnik, przeskoczyć z lat 80-ych w XXI wiek? Czemu nie?

Mały odpoczynek od starych wspomnień – chętnie.

Zabookowałem mieszkanko w Radebeul, poprzez bardzo fajną stronkę – www. airbnb.de. Dzięki tej stronie możecie znaleźć nocleg na całym świecie. I to od pokoju w obskurnym WG, do lofta w NY, zamku w Szkocji itd. Ja znalazłem fajne mieszkano – kuchnia, łazienka, salon, sypialnia za 30 euro na dzień. Czyli zapłaciłem za trzy noclegi 120 euronów. Mieszkanko czyste, ciche. 20 minut tramwajem do centrum. A do tramwaju 5 minut piechotą.

Jak tylko przyjechaliśmy, zaraz zaciągnąłem żonkę do tramwaju, mimo, że miała ochotę trochę odpocząć po podróży.  A że nasz tramwaj jechał tam gdzie chciałem się udać – w okolice mostu Blaue Wunder (nazwano go tak, bo został pomalowany na kolor ciemnoniebieski. Ale przez jedną noc, farba zmieniła kolor na jasnoniebieski). Po przejściu na drugą stronę Łaby lądujemy przy dolnej stacji  Standseilbahn Dresden. Po krótkiej przejażdżce wysiadamy pod Luisenhof. Za moich dawnych czasów nie był tak luksusowy, ale kierowniczka Sali (po tym jak jej opowiedziałem, jak tam balowałem przed 35-oma laty) pozwoliła nam wyjść na taras. Bo stolik to tam trzeba rezerwować minimum tydzień naprzód. Ale warto było dla nocnej panoramy Drezna. Wypiliśmy po gorącym Kakao i popatrzyliśmy w gwiazdy i na miasto. Potem zjechaliśmy pod Zamek. Pospacerowaliśmy trochę po starym mieście i cheja do domku do łóżka.

Drugi dzień spędziliśmy na parowcu na trasie Drezno- Bad Schandau. Prawie 6-cio godzinna przejażdżka przy pięknym słońcu, dobrym piciu i jedzeniu (gastronomia na pokładzie prima sort, piwko dobre, jedzonko też, kelnerzy latają jak poparzeni) zakończyła się powrotem pociągiem z Bad Schandau do Drezna.  Potem szybko do samochodu i musiałem odwiedzić Goppel, gdzie trzy lata pod rząd mieszkałem w czasach mojej pracy w NRD. Potem małe jedzonko w Nordsee – nie lubię ryby, ale w nowo budowanym centrum nie było żadnej innej knajpy.– Potem do domu, wiatr i słońce zrobił swoje – spałem jak ululany.

Trzeci dzień to było Hygiene Museum Dresden, Frauen Kirsche, Starówka. Verkehrsmuseum i na zakończenie dnia długo spacer po Zwingerze. W międzyczasie obiadek w SchnizelGarten – polecam każdemu, kto będzie w Dreźnie. Wieczorkiem chcieliśmy w spokoju napić się winka (ja pifka), więc na końcu Brühlsche Terassen weszliśmy do knajpy Brülsche Garten. Jedna wielka katastrowa. Kelnerka nie wiedziała nic o winach z karty. Piwo w oszronionym kuflu położyła wprost na stoliku, więc po chwili miałem na nim kałużę. Pierwszy raz od wielu lat nie dałem ani grosza napiwku.

No i by było, trzeci dzień (a właściwie jego pierwszą połowę) spędziliśmy w autku w drodze do domu.

A jak będziecie grzeczni, to polecę dalej z główną opowieścią a dla osłody poopowiadam, jak to było z moją pracą w DDR-ach.

Dobra, dobra, kurde, nie krzyczcie na mnie, bo będę zestresowany i ….

Jak to dalej było?  No chyba tak:

Po prawie całym dniu stania wreszcie ktoś się zlitował i jedziemy dalej. Trafiło nam się wyjątkowo, bo chcieliśmy dojechać do Neuwied a facet jechał do Koblenz. Jechaliśmy sobie tak A3 i „rozmawialiśmy”. Tak często padała w tej rozmowie nazwa Neuwied, że gościu w momencie kiedy mijaliśmy jego odbicie pojechał dalej na Neuwied. Kiedy się zorientował, po rzuceniu kilku „scheisse” zjechał z Autobahny gdzieś w szczerym polu (jak teraz patrzę na mapę, to musiał to być zjazd 43 z A3 przy Limburg Süd), zawrócił i zostawił nas w nocy w szczerym polu. Z tego zjazdu było widać w oddali coś mocno oświeconego i do tego z tablica przypominającą stacje benzynową. Był to Rasthof Limburg Ost. Więc narzucamy plecaki na grzbiet i zasuwamy poboczem w kierunku światła (tunelu nie było). Nie minęło 2 minuty, a już zatrzymał się przy nas radiowóz. Wylegitymowali nas, pouczyli, że w tym kraju nie wolno chodzić autostradami. Dowiedzieliśmy się, że nam mandat darują, bo mają dobry humor, ucieszyli się, że chcemy dotrzeć do widocznej w oddali stacji benzynowej i….  Odjechali. Więc my plecaki na grzbiet i idziemy. Tyle, że teraz za leitplanką, a gdzie jej nie było to trawką. Przypominam, ciemno było jak w dupie u mu… Hmm, jak teraz jest poprawnie politycznie? Euroafrykanina, czarnoskórego obywatela pozaunijnego, czy jak? W każdym razie dotarliśmy do tej oazy. Godzina była późna, ruch mały, ale ja dokonałem cudu z którego dumny będę do końca życia.

Przekonałem samotną kobietę, aby zabrała dwóch obcokrajowców, w nocy, brudnawych, nieogolonych i z lekka wymiętych. I do tego z wielkimi plecakami (musiała kupę swoich rzeczy poprzekładać abyśmy w jej małym samochodziku się zmieścili). Do zjazdu na Neuwied było z tej Tankstelli jakieś 50km. Wysiedliśmy grzecznie, dotarliśmy do pierwszej budki telefonicznej (było to chyba Oberhonnfeld) i gdzieś około 22:30 zadzwoniliśmy do Teresy. Ja już teraz nie pamiętam, czy myśmy ją jakoś uprzedzili, że w trakcie naszego wyjazdu wpadniemy, czy może nawet mieliśmy cos do podania (dla alibi, Hehe) od jej mamy. Powiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, w odpowiedzi usłyszeliśmy:

-No to przyjeżdżajcie, nie ma sprawy, czekamy.

Trochę trudno było im zrozumieć, że my jesteśmy autostopowicze. Mąż Teresy był już po paru piwach, więc Teresa przyjechała po nas. Wreszcie mogliśmy się porządnie umyć, dostaliśmy cos do zjedzenia i rozłożyliśmy swoje karimaty w salonie u naszych gospodarzy, którzy poszli grzecznie spać. Pamiętam, jak oglądaliśmy chyba do trzeciej w nocy telewizję (nic z tego oglądania nie rozumiejąc). Najbardziej zapadł mi w pamięć reklamy. Bez przerwy powtarzała się reklama jakiejś lustrzanki Olympusa i te słynne 666, 555 i gołe dupy…

Bardzo dokładnie jak to się wszystko potoczyło to nie pamiętam, ale Teresa z mężem zabrała nas nad Ren do winnic, szukać dla nas pracy. Tam w kilku winiarniach dowiedzieliśmy się, żę nie ma sprawy, praca jest, nawet w prawie każdej winiarni mają specjalne miejsca noclegowe dla pracowników, ale… Właśnie ale zbiory zaczynają się za dwa tygodnie. Sami z siebie wiedzieliśmy, że mowy nie ma, aby Teresę prosić o tak długie noclegowanie, więc od razu powiedzieliśmy, że damy sobie te dwa tygodnie radę, żę mamy się gdzie zatrzymać. Teresa wspaniałomyślnie zaproponowała nam, że ten dzień i noc możemy spędzić u nich, a potem nas podwiezie do autostrady i pa pa. A jedyne co miałem, to adres, gdzie miała być moja znajoma z pracy, baptystka, która regularnie bywała w Niemczech dorabiając sobie jako tłumaczka. Więc korzystając z nieobecności Teresy dorwałem się do telefonu i moim wspaniałym niemieckim ustaliłem na informacji nr telefonu miejsca pobytu Agaty. To było wspaniałe, jak pani z informacji odebrała a ja od razu uprzedziłem ją, że nie znam niemieckiego, podyktowałem jej adres i poprosiłem, aby cyfry podawała pojedynczo. Ale się udało. Dostałem nr, dodzwoniłem się do Agaty i wyjaśniłem sprawę. Okazało się, że tam gdzie ona jest możemy się trzy dni zatrzymać, potem dojeżdżają jakieś grupy religijne i dłużej się nie da. Ale mamy przyjeżdżać. Pomyślimy co dalej. Miejscówka była w Giesßen, więc co to dla nas, już starych fachowców w poruszaniu się autostopem. I faktycznie, Teresa podrzuciła nas do tego zjazdu gdzie dowiozła nas przestraszona pańcia, i my już dalej dosyć sprawnie i szybko (dzięki temu, żę nie łapaliśmy już stopa na środku autostrady) dotarliśmy do Gißen. Bardzo podobało nam się przyjęcie. Był to jakiś ewangelicki ośrodek szkoleniowy. Całym kompleksem opiekował się pastor z małżonką i dwójką dzieci. Agata i jakieś ej dwie koleżanki, Niemka i śliczna Murzynka miały tam prowadzić jakieś kursy. Dostaliśmy z Markiem super pokój, zaproszono nas na rodzinna kolację, bo na razie stołówka nie była na chodzie, więc gościł nas pastor. Potem pamiętam długi wieczorny spacer ( a właściwie najbardziej to śliczną Murzynkę – z której w ciemnym parku było tylko widać uśmiech – białe zęby i białka oczu). Następnym dniem był niedziela, gdzie wysłano nas na Flohmarkt. Oczywiście był to nasz pierwszy Flohmarkt w życiu, więc łaziliśmy z trzy godziny z otwartymi gębami. Ale najbardziej zszokował nas rower wyścigowy firmy Peugeot.  Sprzedawca chciał za niego 1500 Marek. Przeliczyliśmy to na polskie i nogi nam się ugięły.

Wszystko ładnie i pięknie, ale musieliśmy się zastanowić co robić dalej. Agata wpadła na pomysł, abyśmy pojechali do jej znanego klasztoru, gdzie ona swego czasu pracowała i dobrze zna siostrę prowadzącą. Był to Kanaan w Darmsztadzie. Dostaliśmy od Agaty list do siostry przełożonej i po obfitym śniadaniu i zaopatrzenie w wałówkę na drogę wyruszyliśmy dalej szukać szczęścia.

Dojechaliśmy do Darmstadtu wieczorem, zaczynało już się ściemniać. Wleźliśmy do furty klasztornej, w okienku pojawiła się jakaś siostrzyczka. Wręczyłem jej list od Agaty i wprowadzono nas do małego pokoiku – poczekalni. Był tam cztery krzesła, stół i jakieś popierdólki na ścianach. Po chwili pojawiła się siostra z tacką, dwoma termosami (kawa, herbata) chlebkiem, dżemikami, miodkami etc. I bardzo przepraszała, że o tej może nie może nam nic więcej dać, bo kuchnia zamknięta (o ile ją dobrze zrozumiałem). I poprosiła, co byśmy trochę poczekali. Jak sobie podszamaliśmy, przyszła siostra staruszka, która zrobiła dokładny wywiad, co to my za jedni, jakiej wiary, co mamy zamiar robić etc. Jak się później okazało, była to sama siostra przełożona. Jak był gotowa, wpadła jakaś siostra młódka poszeptała staruszce coś na ucho i ta powiedziała, żebyśmy się nie gniewali, ale musimy trochę poczekać. Na co, to nie powiedziała, więc czekaliśmy. Po jakiejś poł godzinie przyszła po nas znowu siostra młódka i zaprowadziła do budynku obok terenu Kanaanu, obok drukarni, którą siostry też prowadzą. Był to mały hotelik dla odwiedzających. Dwa łóżeczka, świeżutka pościel, na poduszce po cukiereczku i karteczki z cytatami z Biblii – PO POLSKU! Siostra powiedziała nam o której śniadanie, pokazała łazienkę i zajęliśmy się lulaniem. Rano pod stołówką czekała już na nas siostra i pokazała, że śniadanie jemy w małym pokoju obok ogromnej stołówki (małą jadalnie, tak na 10-15 osó . A to dlatego, że w dużej stołówce jedzą ewangelicy, a nie nie chcą nas zmuszać do stosowania się do ich obrzędów (modlitwy przed jedzeniem, trzymania się za rączki, etc.) Razem z nami jadł ogrodnik, który był katolikiem i jakieś trzy wolontariuszki, które też nie należały do tego szczepu co reszta plemienia. Byliśmy niesamowicie zachwyceni śniadaniem (obiadami i kolacją zresztą też). Chyba pierwszy raz w życiu miałem kontakt z Müsli (pięć różnych rodzajów, dodatkowe prażone orzechy i inne pierdoły, mleko zimne, mleko ciepłe) Stół był zastawiony na maxa, kawa normalna, bezkofeinowa, 10 różnych herbatek (wrzątek w termosie), jogurciki, wędlinki, sery. No pełny wypas. Weźcie pod uwagę, że był to mój pierwszy wyjazd na zachód i jak wyglądało życie w tamtych czasach w Polsce. Po śniadanku zaczęliśmy zwiedzać Kanaan. Po jakimś czasie dopadł nas zdyszany braciszek (jak się okazało, nie wpadł na pomysł, że tak szybko uporamy się ze śniadaniem) . Braciszek, bo siostry mają tam też braciszków, co by wykonywali pewne męskie prace (żadnych włochatych myśli, brzydale). Maszyny drukarskie czasami wymagają męskiej ręki. Okazało się, że na pobyt u sióstr trzeba sobie zapracować. Oczywiście całkowicie dobrowolnie… Dał nam cztery skrzynki i poprosił aby w sadzie pozbierać spadłe jabłka. Po godzinie to my zaczęliśmy szukać braciszka, bo trzy skrzynki były pełne, a spadów zabrakło. Znaleziony braciszek był znowu bardzo zdziwiony, bo on nam ta prace zaplanował do kolacji. Dokładnie sprawdził trawę pod drzewami, a że nic nie znalazł to plewiliśmy do kolacji jakieś grządki. Oczywiście była długa przerwa na obiad, po obiedzie sjesta, po sjeście obowiązkowe wysłuchanie śpiewania psalmów w kościółku, potem Kafeetrinken i trochę pracy na świeżym powietrzu. Wieczorem, po kolacji wybraliśmy się obadać miasto. Do centrum droga była długa. Pamiętam, że po drodze mijało się jakąś jankeska dzielnicę. Był szlaban, był Tomy z karabinem przy bramie. Pełny wypas, wrażeń mieliśmy bez liku. Następnym poważnym szokiem jaki przeżyliśmy była pierwsza w życiu wystawka (spermüll). Najpierw trzy razy przeszliśmy obok tej góry dobra, zastanawiając się czemu nikt nie pilnuje tej przeprowadzki. Potem zatrzymaliśmy się obok i podziwialiśmy co to tam leży. Na końcu porwałem taki fajny namiot igloo (kompletny, nawet śledzie były wszystkie) i mając wrażenie, żę coś ukradłem popędziliśmy do naszych sióstr.

Aha, jak rano wstaliśmy, to okazało się, żę pod drzwiami leży czekolada i dwa jogurty. Obok nas mieszkał pastor z żoną z DDR. Obydwoje byli już emerytami po 65 roku życia i wolno im było jeździć na zachód. Bardzo byli nas ciekawi i parę godzin spędziliśmy na rozmowach o życiu za żelazną barierą. Bardzo dziwili się, jak opowiadaliśmy o swobodzie jaka cieszy się kościół w Polsce. Tak minął nam chyba tydzień, czy półtora.

W Darmsztadzie pamiętam wizytę w sklepie Quelle. Znaliśmy tą firmę z katalogów, które z taką pasją oglądało się w Polsce, wchłaniając z błyszczących kartek powiew zachodu. A tu sobie stoi wielki dom handlowy, gdzie to wszystko leży półkach. I pamiętam wielkie zdziwienie faceta w sklepie komputerowym, gdzie przez wystawę zauważyłem stojącego Macintosha. Wlazłem z Markiem do środka i na jakimś prościutkim programie graficznym zacząłem mu tłumaczyć o co chodzi z tą myszką (Marek był chyba zdziwiony, że ta nie gryzie). Ale bardziej był zdziwiony sprzedawca, bo wlazło mu do sklepu jakiś dwóch dzikusów zza Kaukazu, mówią w jakimś dziwnym języku i przynajmniej jeden wygląda jakby się znał na komputerach. On był naprawdę zdziwiony, w rozmowie w jaką się wdaliśmy, wyrażał przepuszczenie, że pewnie jestem jakimś naukowcem i nie mógł uwierzyć, że w Polsce można zostać profesorem w tak młodym wieku. Niestety, kiedy mu wytłumaczyłem, jak długo w Polsce musiał bym zbierać moje wypłaty (nie jedząc, nie pijąc, nie mieszkając) aby zakupić tego Macintosha, trochę popuścił i nie był już tak nami zainteresowany. Ale myszy nie schował.

aha, w poprzedmim poście kolega tonspion wyłapał, że w tamtym czasach nie było jeszcze sex-reklam w tv. Ktoś pamięta dokładnie tamte czasy? Bo lustrzanki jestem pewny, ale tych 555 666 i skąpo odzianych pań to nie.

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. I pobyt u sióstr też dobiegł końca. Wieczorkiem dnia poprzedzającego nas wyjazd zabrał nas do ich budynku jeden z braciszków. Wprowadził do Kleiderkammer i kazał doposażyć się w ciepłe ciuchy (bo zima idzie, a my takie szmatki mamy na sobie). Za cholerę nie chcieli zrozumieć, dlaczego nie chcę wziąć długiego, grubego wełnianego płaszcza (sam ten płaszcz zapełnił by mój plecak). W koncu wybraliśmy jakieś koszule, trochę bielizny (nowej i oryginalnie zapakowanej), a Marek wziął nawet jakieś eleganckie, włoskie skórzane buty. Rano następnego dnia, już spakowani stawiliśmy się na stołówce. Zjedliśmy śniadanko, wychodzimy, a pod drzwiami stoi siostra młódka i każe nam iść za sobą. Zaprowadziła nas do znanego już pokoiku obok furty klasztornej i kazała czekać. Ale kawki i kanapek nie było   Po chwili zjawiłą się przełożona, zrobiła wywiad co to my dalej mamy w planach. Bardzo była poruszona tym, że my podróżujemy autostopem. Powiedziałą nam, że tego dnia wszystkie siostry będą się modlić, aby nam się w dalszej naszej podróży szczęściło. I na koniec wręczyła nam po kopercie. A w kopertach było po 100 Marek. Zatkało nas z wrażenia, bo takiego zakończenia pobytu w Kanaanie się nie spodziewaliśmy. Nie wiedzieliśmy jak dziękować, ale siostra walnęła jakimś cytatem z Biblii… I pojechaliśmy.

Łapka, wy to chyba po łapkach chcecie dostać?

Żarty na bok, popisać trzeba…

Pojechaliśmy do Teresy, bo przed wyjazdem do Agaty zostawiliśmy tam jakieś rzeczy. A u Teresy czekał list od mojej żony. Żebym wracał, bo ona się źle czuje (była wtedy w ciąży z naszą córą). Nie mieliśmy telefonu, więc dodzwonić się nie było jak.  A Marek też jakoś zbytnio nie miał chyba ochoty, co by sam zostać i pracować – zapadła decyzja – wracamy. Zostawiliśmy u Teresy wszelkie graty typu śpiwory, namiot etc. I wróciliśmy na szlak. Jakoś tak śmiesznie jechaliśmy, bo wylądowaliśmy na A9 poniżej Norymbergi. Pamiętam z tej trasy napotkanego w nocy, w zamkniętej knajpce przy stacji benzynowej młodego Polaka. Wracał z pracy we Francji. Siedzieliśmy przy stołach pod taką wiatą przed zamkniętym bistro. Gościu wpadł do środka, rozstawił się na stole ze spirytusowym kocherkiem. Zrobił wokół siebie taki syf, że po 15 minutach wszystko wyglądało jakby tam koczowało stado pijanych koczkodanów. Dla nas, którzy po pierwszym pobycie w toalecie na niemieckiej stacji benzynowej długo chodziliśmy z nisko opuszczonymi szczękami – nasz Polak to był następny szok. Szybko się od jego towarzystwa uwolniliśmy. Był to nasz jedyny i na szczęście ostatni kontakt z „polactwem” na obczyźnie.

A propos tych szczęk – nie wiem czy pamiętacie, jak w tamtych czasach wyglądały toalety publiczne w Polsce – nie będę już mówił o dworcowych przybytkach. Więc jak pierwszy raz zobaczyliśmy te kafelki, czyste muszle, ciepłą wodę, mydełko i ręczniki….

Po tej ewakuacji przeszliśmy pieszo na druga stronę autostrady (tak w poprzek). Pewnie były o nas komunikaty w radiu, ale my tylko dostaliśmy się do stacji benzynowej pod drugiej stronie, więc policja nie zdążyła nas ucapić. No i chyba z 4 godziny próbowaliśmy złapać coś jadącego w kierunku Berlina. Na wyjeździe ze stacji nie chciało zaskoczyć, więc wróciliśmy na samą stację benzynową i zacząłem zagadywać ludzi z berlińską rejestracją. Po którymś z kolei:

-Fahren Sie nach Berlin? – usłyszałem: – Ja, natürlich.

-Und kann ich mitfahren?

-Ja, natürlich.

-Aber wir sind zwei männer.

-Kein problem.

-Und zwei große Rücksäcke.

-Kein problem.

No i załadował nas pan Teske obydwóch do auta i pojechaliśmy do Berlina. Pamiętam przejście graniczne na dziewiątce miedzy RFN i DDR. Wieże strażnicze, zasieki, żołnierzy z Kałachami. Ale przejechaliśmy normalnie i około pierwszej w nocy byliśmy w Berlinie. Pan Teske zapytał gdzie nas wysadzić. Powiedziałem, że gdzieś pod jakimś dworcem, to my rano już dalej ruszymy na wschód. I znowu nas Niemiec zaskoczył, bo stwierdził, że nie ma mowy, aby o pierwsze w nocy zostawił nas na ulicy (nie widzieliśmy, że dworce na noc w Berlinie zamykają). I zabrał nas do siebie do domu. Jak dotarliśmy, to strasznie przepraszał, że nie ma nic w domu do jedzenia? Jedyny artykuł spożywczy, jaki znalazł to był butelka czerwonego, wytrawnego wina. Więc po wypiciu za przyjaźń polsko-niemiecką pan Teske powiedział, że mamy spać w sypialni, a on prześpi się w salonie na kanapie. Tego było już za dużo i postawiliśmy na swoim, że nie będziemy nadużywać gościnności i spać będziemy na karimatach w salonie. Rano śniadanka nie było, ale wypiliśmy po herbatce i w drogę. Jeszcze przy wyjściu zainteresował mnie spory stos magazynów (chyba Spiegel, albo Stern to był). Okazało się, że przygotowane do wywalenia na makulaturę. Całą wielką torbę tych magazynów, chyba z dziesięć kilo dotargałem na szyi do Polski J Torba była z wystawki w Darmstadzie, taka dwukomorowa damska torba w biało niebieski paseczki. Żona nosił ja potem chyba z pięć lat. Po wjeździe do Ost-Berlina bagażem wylądowały w przechowalni, a my poszliśmy w miasto. Pociąg do Wrocławia był po południu, więc trochę czasu nam zostało. Pamiętam, jak wjechaliśmy na wieżę telewizyjna i zjedliśmy po dwa obiady. Pierwsze normalne obiady od dłuższego czasu. Marek wschodnich mieliśmy nadmiar.

Aha, jeszcze w zachodnim Berlinie, zrobiliśmy prezentowe zakupy w jakimś cholernie drogim domu towarowym. Załadowani byliśmy jak osiołki, ja do tego z torbą pełną gazet na szyi.

Reszta to już tylko powrót pociągiem i autobusem do szarej, PRL-owskiej rzeczywistości.

Najlepsze było, jak poszedłem oddać paszport. Pani Ubeczka uważnie go przekartkowała, zbladłą, zsiniałą i jak nie wydrze mordy:

-Przecież to był wyjazd do Grecji, a tu pieczątki z całej Europy. I co tu robi niemiecka wiza i nawet tam pan był!!!! Co to znaczy?

-Przecież we wniosku o paszport pisałem, że jadę tranzytem przez RFN?

Rzuciła się wściekła do szafy, znalazła moją teczkę, i… Powietrze z niej zeszło. Bo ktoś mi doradził, żeby w rubryce „przez” wpisać, co się da. Miałem tam nawet Hiszpanię i Finlandię. Rzuciła wściekła moim dowodem, i nawet nie odpowiedziała na moje:

-Do widzenia.

A dalej to było tak, że ten krótki pobyt w Reichu uzmysłowił mi, że dalsze pozostawanie w Polsce nie ma sensu. Żony babcia była z jakiejś niemieckiej kolonii z pod Lwowa. Mieliśmy co prawda tylko akt urodzenia, ale z Parafii Ewangelicko-augsburskiej, pięknym gotykiem drukowany i kaligrafowany… Więc decyzja zapadła – kierunek zachód. Jako, że żona była w ciąży to ustaliliśmy, że ja jadę pierwszy, załatwiam co trzeba, a ona dojedzie „na gotowe“. Więc zaczęło się załatwianie. Najpierw paszport, więc znowu wykupiona wycieczka, tym razem do Jugosławii. Z wizą myk był już znany, więc wizę niemiecką tym razem już bez przeszkód załatwiłem. Mały problem stworzyła mi tylko moja praca. Pracowałem wtedy, jako instruktor w Kłodzkim Ośrodku Kultury. Prowadziłem Ogólnopolski Fanklub miłośników Muzyki Elektronicznej „Tangerine Dream”, Oddział Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Fantastyki I Science-Fiction, Klub Komputerowy „Spektruś”. Bawiłem się również w Fotografię, i robiłem dużo innych śmiesznych rzeczy, jakie można było robić w Koku. Tak mi się udało, że wszystkie moje zainteresowania obróciłem w prące na etacie.  Śmiesznie to było, bo jak wróciłem z wojska, to poszedłem pracować do Państwowej Spedycji Krajowej. Był to taki twór stworzony po to, aby ciężarówki nie jeździły po kraju pusto. Znaczy się, jak jakiś kierowca przyjechał z rybami z gdańska do Kłodzka, to nie mógł sobie ot tak wracać do domu, tylko musiał się zgłosić w PSKa, co by dostać towar na drogę powrotną. Jak towaru nie było, to dostawał stempel w kartę drogową i jechał… Do następnego po drodze PSKa. Miałem tam być za magazyniera. Jednak jak mi się tylko skończył okres próbny, to szybciutko sobie poszedłem. Wszyscy magazynierzy kradli na potęgę. Większość pracowników rekrutowała się z ludków, co to właśnie wyszli z więzienia. Towarzystwo chodziło ciągle naprute (np. wyciągali wielkimi strzykawkami koncentrat do produkcji alkoholi z 200l plastikowych beczek). Najlepsze było, jak jeden pijany gonił drugiego pijanego po magazynie wózkiem widłowym. Pierwszy pijany spadł z rampy, a drugi razem z wózkiem za nim. Na szczęście widły wózka bardzo symetrycznie wbiły się w bruk obok głowy pierwszego. Wtedy już z kolegą Jurkiem prowadziliśmy w KOKu Klub Miłośników Muzyki Elektronicznej, całkowicie społecznie, takie przedłużenie naszego hobby.  Kochaliśmy Kraftwerk, Jean Michela Jarra, Tangerine Dream, Klausa Schulze, Mik´a Oldfilda itd. Itd. Chcieliśmy się ta pasja podzielić z innymi, więc robiliśmy takie spotkania z innymi miłośnikami tej muzyki. I tak powstał Klub. Ja byłem jego Prezesem – a jak. No i jak odszedłem z PSK, to zaczęło się szukanie pracy. W Kłodzku na Twierdzy była winiarnia i właśnie szukali tam magazyniera. Było to chyba w poniedziałek, miałem na godzinę 11-tą przyjść z papierami, aby podpisać umowę o pracę. Miałem więc ze sobą wszelkie potrzebne dokumenty i po drodze wpadłem do dyrektora KOKu, naszego kochanego Bogusia Michnika, co by poskarżyć się na plastyka. Plastyk był to w KOKu osobnik, który między innymi był odpowiedzialny za robienie plakatów do gablot. Tak co by ludzie wiedzieli, kiedy i gdzie będzie jakaś impreza. A imprezy, czyli prezentacje muzyki elektronicznej naszego klubu były dostępne dla ogółu. No, ale, żeby ogół widział, że będzie impreza, potrzebny był plakat. A plastyk jak to plastyk, zamiast pędzla bardziej lubił flaszkę, więc nasze plakaty potrafiły pojawić się w gablocie godzinę przed imprezą. My z Jurkiem poznaliśmy hobby naszego plastyka dosyć szybko, więc sami zrobiliśmy bardzo fajny plakat, gdzie tylko datę zmienialiśmy. Plakat był tak fajny, że nawet jeden z miłośników Muzyki Elektronicznej w nocy stłukł gablotę i zajumał plakat. Po jakichś dwóch tygodniach podszedł do mnie mój dawny kolega z budowlanki i zapytał:

– Andrzej, to jak widzę to ty ten klub tu prowadzisz, -w oddechu było z 3 promile…

– No ja.

-Ty, to a ten plakat przyniosę następnym razem, tylko nie mów nikomu, ba za tą szybę to mi na garba nałożą, a kartotekę już mam. A może byście inny namalowali, bo ten mi tak fajnie w pokoju na ścianie wygląda.

Oj, docenił wtedy ktoś chyba pierwszy raz moją (i kolegi Jurka) twórczość.

No więc poszedłem podpier… plastyka do Bogusia Michnika, a tak właściwie to chodziło mi tylko o to, żeby zmotywować kolegę od pędzla do terminowego wykonywania plakatów. Był to mój pierwszy kontakt z Michnikiem. Wyjaśniłem moje problemy z artystą i zaczęła się gadka szmatka. A co ja robię, a jak tam moja praca z młodzieżą etc. No to mówię, pokazując aktóweczkę, że właśnie idę podpisać umowę na magazyniera wydającego z magazyny jabole jednostkom Handlu Uspołecznionego. A pan Michnik na to, że umowę to mogę podpisać na miejscu, zaraz, u niego i pracować, jako instruktor robiąc za pieniądze to, co robię społecznie. Ja mu na to, a ile zarobię? Bo w winiarni dają 11 tysięcy i deputat w naturze (był taki, co by pracownicy wina nie kradli). On mi na to, że instruktor zarabia 8, ale coś pokombinujemy, np. mogę dodatkowo prowadzić bibliotekę i też będzie 11-scie. Ja mu na to:

– No to gdzie ta umowa? – I tak zostałem instruktorem.

Wiem, że pozornie to nie ma nic wspólnego z tematem, ale takie dygresje są czasem potrzebne, aby wyjaśnić całokształt. Ale dalej będzie kiedy indziej.

Co ja w tym KOKu robiłem, to temat na osobną opowieść, ale ważne jest jedno. Pewnego dnia na spotkaniu klubu pojawiła się dziwna trójka. Nazwałbym ich MAN in Black, ale jedna osoba była „pci” żeńskiej. Ale też „in Black”. Stali, gadali, przyglądali się. Co prawda klub był dla wszystkich chętnych, ale wokół komputerów kłębił się tłum nastolatków, atu taka brygada ludków około 40-50 lat. Spotkanie się skończyło, młodzi się rozeszli, a Black Sabat do mnie podchodzi i pytają czy nie mógłbym wpaść do nich i zerknąć na ich komputer, bo coś mu dolega. Znaczy się nie chce tak, jak oni by chcieli. A oni to nawet za bardzo nie wiedzą, co by chcieli, bo się na tych nowomodnych dziwadłach zbytnio nie znają. Ja na to, że nie ma sprawy, ale gdzie to ja bym miał przyjść. Okazało się, że są z Kłodzkiego Przedsiębiorstwa Budowlanego. Więc następnego dnia udałem się do KPB. Pokazali mi Peceta, był to, jak dziś pamiętam 386 z 4 MB Ram i 20MB FP. Włączyłem toto, chodzić faktycznie nie chciało, bo ktoś pokombinował z config.sys i autoexec.bat. Poprawiłem, co trzeba, odpaliłem kompa, pokazałem, co tam chcieli wiedzieć, nawet trochę wszyscy z radością pograli w Diggera ( a komp miał GraKa Herculesa i bursztynowy monitor, dźwięk z piszczka na płycie głównej). Towarzystwo bardzo podziękowało, ja też, bo miałem radochę pogrzebania na żywo przy PC-cie.

Przychodzę ci ja następnego dnia do pracy, a tu mnie dyrektor wzywa. A u dyrektora „MAN in Black” w komplecie. Łącznie z osobnikiem „pci” odmiennej (odmiennej do MAN in Black oczywiście). Okazało się, że to Dyrektor naczelny, techniczny i ekonomiczny wspomnianego KPB. I właśnie potrzebna moja zgoda, co bym zaczął w KPB wdrażać technikę komputerową. Z moim Dyrektorem wszystko załatwione, przechodzę za porozumieniem stron, oni nic nie mają do tego abym dalej dodatkowo pracował w KOKu, itd. Itd. Pensja była znacząco większa, zostałem w KOKu, jako instruktor godzinowy, zachowałem swój gabinet, to się zgodziłem. Postawiłem tylko jeden warunek – od 1 sierpnia mam zaplanowany urlop i ten muszą mi zagwarantować.

 

Właśnie wróciliśmy do wątku wyjazdu. Ten urlop, to był zaplanowany wyjazd do Niemiec (oczywiście nikt nie mógł wiedzieć, że na stałe). Się zgodzili, to i ja się zgodziłem i zacząłem karierę „Specjalisty do spraw postępu technicznego”, bo tak nazywało się moje stanowisko. A wiecie, dlaczego dostałem tą pracę w tak dziwny sposób? Bo w podobny sposób przetestowali chyba z 5-ciu absolwentów informatyki. Każdy pytał gdzie jest instrukcja obsługi tego czegoś i czy ktoś wie jak to się włącza.

Jejku, kandy. Już piszę, już piszę.

 

Pomińmy więc moją karierę w budownictwie, powiem tylko, że im ten dział komputerowy zorganizowałem – łącznie z projektowaniem mebli, itd.

Nadszedł czas wyjazdu, plecak spakowany, namiot jedynka, karimatka, śpiwór – rasowy turysta. Niestety, znajomi szwagierki mieszkali w Satrup, więc dostałem jakieś rzeczy, co by im je dostarczyć, (dlaczego niestety, będzie potem). Pewnego pięknego sierpniowego dnia wsiadłem w

Pociąg do Berlina. Na miejscu zostawiłem swoje bagaże na dworcu Friedrichstarsse w schowku, a sam wybrałem się do Berlina Zachodniego. Kupiłem jeszcze po wschodniej stronie wino, jakąś bombonierkę i wybrałem się do Pana Teske, co by mu podziękować jeszcze raz za to jak nas fajnie do Berlina przywiózł i ugościł. Na miejscu okazało się, że pana Teske nie ma, mieszkanie wynajęte jakiejś ekipie filmowej i dupa zimna. No więc zabrałem się w kierunku „nach Osten”, żeby moje bagaże odebrać i jechać dalej. I tu niespodzianka, debil w szklanej budce nie chce mnie wpuścić do NRD, bo już dzisiaj z tego raju wyjechałem i nie, bo nie… Doszło do tego, że zamknęli mnie w jakiejś izbie przesłuchań. Zeszło się kilku oficerów i jak już zacząłem na nich wrzeszczeć, jakoś popuścili i pod eskortą dwóch sołdatów z Kałachami gotowymi do strzału pozwolili mi pójść po mój plecak i „zurück” nach Westen”. Dojechałem metrem i autobusem w okolice przejścia granicznego w kierunku na Hamburg. Trzeba było ładny kawałek z buta dojść pod samo przejście – nawet kawałek autostradą, ale tam, przed samym przejściem był fajny placyk. Przy placyku stała taka duża tablica, gdzie były zamieszczone statystyki ilu podróżujących autostopem zostało ofiarami przestępstw w kilku ostatnich latach. No i na tymże placyku stało się łapało stopa. Ja, jako już autostopowicz kwalifikowany, miałem ze sobą kartki brystolu i gruby mazak. Namazałem więc na swojej kartce „HAMBURG” i całkiem szybko zatrzymał się młody gościu Golfem, który właśnie do Hamburga jechał.

Było to 31 sierpnia. Jak dojechaliśmy do Gudow, ja się zaparłem, (jako człowiek wychowany w komunie), że muszę mieć w paszporcie pieczątkę. No to gościu się zatrzymał, ja dumnie dałem swój paszport z wizą ciężko zdziwionemu Grenzschutzowi, (bo tam się nie zatrzymywało samochodów na zachodnich blachach do kontroli). No i mój kierowca zapłacił 20 Marek kary, bo moja wiza ważna była dopiero od 1 września. Chciałem oczywiście z bólem sera mu te pieniądze oddać (całego majątku miałem 120 marek), ale się uniósł honorem a i chyba znał realia, ile te 20 marek jest warte na wschodzie, bo nie chciał ich przyjąć. Długo się nie napraszałem… W Hamburgu wysadził mnie nie wiem dziś gdzie. Dłuuuuuuugo telepałem się do A7, co by ruszyć w kierunku na Flensburg. Skończyło się tak, że w Szleswigu wylądowałem już jak było ciemno. Zadzwoniłem do znajomych szwagierki, że ciemno, zimno i dupa blada. W nocy to nie poautostopuję. A oni, okazało się, nie mieli samochodu. Stwierdzili, że oni płacą 15 marek, żebym wziął taksówkę. Taksiarz miał radochę, jak spytałem, czy za 15 Euro dojadę do Satrup. Musiałem więc dołożyć ze swoich co by tam dojechać (30km) . O moich gospodarzach rozpisywał się nie będę, bo dziwadła były straszne. Czekali na wyjazd Kanady, bo też uciekli z Polski w ramach jakiejś wycieczki. Ważne jest to, że tak mi napędzili stracha, że muszę się zgłosić w 48 godzin od przyjazdu i jakie to niemieckie urzędniki straszne, że im uwierzyłem i zgłosiłem się w Oelixdorfie do azylanckiego obozu. A miałem przecież trzymiesięczną wizę, mogłem spokojnie jeździć po Niemczech, a nawet pojechać po żonę i dzieci do Polski. Do tego, przecież wcale nie chciałem azylu, tylko chcieliśmy zakładać sprawę o pochodzenie. No, ale tak to jest jak doradzają ludzie niemający nawet tyle pojęcia, co brudu za paznokciem. Znacie zresztą pewnie i tu na forum takich „specjalistów”.

Fajnie to zgłoszenie się do obozu wyglądało. Podszedłem pod bramę – nie zdążyłem nawet słowa powiedzieć, jak Niemiec z budki zażądał paszportu. Usłyszałem:

– Komm mal mit, – i zaprowadził mnie do magazynku, gdzie dostałem pościel, ręczniki, mydełko, szampon, pastę i szczoteczkę do zębów. I zaprowadził mnie do pokoju na 2 piętrze, z czterema piętrowymi łóżkami, gdzie już było 6 Polaków i jeden Rumun. Spędziłem w tym pokoju jedną noc. Wszyscy intensywnie palili i pili. Nie była to atmosfera dla mnie, więc korzystałem tylko z metalowej szafki, gdzie zamknąłem plecak. W parku na terenie obozu ( a byłą to wielka willa w stylu Jugendstill, chyba jakiś stary hotel. Aha, poszukałem w necie i znalazłem. Budynek zbudowano w 1903 roku, miał 24 pokoje i jadalnię na 164 osoby. W 1908 dobudowano sale balową. Był to budynek zbudowany, jako sanatorium. W miedzywojenniu (jakie fajne słowo) był ośrodkiem wypoczynkowym, po wojnie jako sanatorium dla gruźlików, a potem jako Landesjudendheim. W 1984 zrobili z niego Zentrale Annahmestelle für Asylbewerber Landu Schleswig-Holstein.

http://www.oelixdorf.de/oelixdorf/oelixdorferbilderbuch/ausflugszieleundbesonderheiten/53689598db1286924/o000.html

 

CDN

A niech tam, niech będzie moja strata, napiszę coś jeszcze.

Więc w tymże parku rozbiłem swój namiot i tam spałem. Zdziwieni byli intensywnie wszyscy, ale urzędnikom tłumaczyłem, że absolutnie nie znoszę dymu z papierosów i dali spokój. Chodziłem normalnie na posiłki, wszelkie sprawy, które do mnie mieli, też lądowały w pokoju, ale jakoś to wszystko się udało. W Heimie było wesoło, np. arab wystawił na drugim piętrze żonę na parapet, bo coś mu w jej zachowaniu nie przypasiło. Naprawdę, wystawił na parapet i zamknął okno. Z toalety nie dało się skorzystać, bo bydło arabskie przecież podmywa się, nie wiedzą, co to papier toaletowy. Taki sport uprawiany nad dziurą w ziemi ma szanse powodzenia, ale arabisko stojące na muszli i lejące sobie wodę na tyłek ma marną szansę, aby ta „woda” trafiła do muszli. Więc w łazienkach woda zmieszana z arabskim gównem już około 9-tej stała po kostki. Chodziłem więc codziennie do Itzehoe, aby skorzystać z publicznej toalety. Zresztą większość czasu „wolnego” spędzałem wędrując po okolicy i w Itzehoe. Obok „mojego” pokoju wprowadziła się polska rodzina z dzieckiem. Zainteresowały nas trzecie drzwi w naszym kącie korytarza, którym brakowało klamki. Ale nie były zamknięte na klucz, więc szybko jakaś klamka się znalazła i okazało się, że jest to małą łazienka, prysznic, toaleta i umywalka. Brudne to było wszystko, a zamknięte, dlatego, że w suficie była dziura. Wyszorowaliśmy to wspólnymi siłami, jakąś folię podpięliśmy pod sufit i mieliśmy normalną toaletę. Wyobraźcie sobie sobie jednak, że bardzo szybko pojawiły się arabusy, które również chciały korzystać z naszej toalety. Prawie wojna o ten kibel wybuchła, bo postawiliśmy się solidarnie, że arabom nie damy zasrać następnej toalety.

Ja też w moim namiocie miałem ciągle nocne odwiedziny. Jeże mianowicie upodobały sobie bardzo szczelinę między tropikiem a sypialnią i prawie co noc tłukły mi się tam intensywnie. Pierwszy raz to wypadłem ze śpiwora z nożem w zębach i latarką gotów bić araba… A tu mały jeżyk się mości do snu. Chociaż raczej robił poranną toaletę, bo te łobuzy tłukły się całą noc. Chyba ze dwa tygodnie, albo i trzy to trwało, zanim zaczęli nas rozdzielać do „normalnych” pobytowych Heimów. Ja wylądowałem, jako singiel w Stohlu, nad samym Bałtykiem, w okolicach Kielu. Były to dwa budynki po byłych koszarach Bundeswehry.

 

Nie bójcie żaby, nikt mnie zraził. Jak to ktoś napisał, real też ma swoje prawa. Mam firmę i muszę o nią też dbać, a właściwie o moich klientów. Jestem „einmanfirma” więc rozumiecie…

Więc jesteśmy w Stohlu, hmm – tak to wyglądało z góry.

stohl

1 Tu był pokój w którym mieszkałem, tu wychodziły jego okna.

2 Główne wejście

3 Tu urzedował „Hausmeister“

4 Duży garaż pełny wszelkiego śmiecia

5 Garaż pełny złomu rowerowego

6 Ten teren należał też do Heimu, ale wyraźnie ktoś to wykupił i zbudował dom. Było tu zaniedbane boisko do siatki, dzieci grały w piłkę a żony suszyły pranie.

 

Wylądowałem w sali, która miała chyba z 10 na 10 metrów. Mieszkaliśmy tam w czterech. Jedzenie było właściwe całkiem w porządku, na śniadanie i kolację dostawaliśmy suchy prowiant, obiad był dowożony z Rendsburga. Na cały obiekt była jedna duża kuchnia z kilkoma kuchenkami, tak i coś ciepłego można było sobie przygotować. Problemem było tylko to, że Stohl to kompletne zadupie. Czysto teoretycznie, to do Kiel nie wolno nam było się udawać, bo asylancka świnia pozwalała tylko na pobyt w Kreis´ie. Ale kiedy zaglądnąłem do obiektu nr 5 zastałęm zam cała górę rowerowego złomu. Było tam chyba z 50 całkowicie zdemolowanych rowerów. Jakaś ewangelicka grupa dostarczała biednym azylantom rowery, żeby mieli się czym poruszać, a ci z bliżej mi nie znanych powodów przerabiali je na złom. Moim pierwszym więc zakupem był klucz francuski, zakupiony z pierwszego zasiłku (było to kieszonkowe, bo jedzenie mieliśmy w naturze – chyba 127 Marek):

I z pomocą tego klucza i paru drobnych narzędzi, które przywiozłem w plecaku zrobiłem sobie rower. Ramę wybrałem damkę, bo była to największa rama w garażu – a ja mam 191 cm wzrostu, więc mi taka przypasiła.

Na pierwszym piętrze mieszkał wielki Murzyn, który w Stohlu był już chyba ze dwa lata. Kilka razy mnie obserwował i przyglądał się jak „tworzę” mojego rumaka z kilkunastu innych rowerów. Kiedy byłem prawie gotowy, złapał mnie za rękaw i pociągnął do swojego pokoju. Bydlę było duże, czarne jak smoła i z wielką czupryną afro. Trochę się opierałem, ale w końcu zaciągnął mnie do siebie. Okazało się, że on był głównym kontaktem z ewangelicką Gemeinde, która „opiekowała” się nami, biednymi azylantami. Kontaktował się właściwie bardzo intensywnie z córką pastora, grubą i pryszczatą panną pod 30-kę. No i wyciągnął z pod łózka karton ze skarbami – dętki, wentylki, narzędzia, dynama, i kupę innego sprzętu. Wszystko nówki, zakupione przez Ewangelików. Tyle, że ja byłem pierwszym, kto chciał zrobić sobie ze złomu rower, a nie złom z roweru. No i dostałem te skarby. A już kalkulowałem, ja by tu kupić sobie dwie dętki.

Kiedy miałem już sprawny rower, spędzałem każdy dzień w Kiel´u. Jeździłem całymi dniami po mieście. Więc od czasu do czasu trafiały się oczywiście wystawki, a były to czasy, kiedy wystawki to były „WYSTAWKI”. Jak Niemiec wystawiał telewizor, to opakowany w folię, z pilotem i instrukcją w woreczku. Ja zaś opanowałem sztukę wożenia na rowerze telewizora. Do bagażnika mocowałem poprzecznie deskę, na niej pasami mocowałem Telewizor i tak dymałem z nim do Stohlu. Był czas, że stało w mojej części pokoju i z 10 telewizorów. Jako elektronik ( i dzięki lutownicy pistoletowej, która też przyjechała w plecaku – ma ją do dzisiaj) naprawiałem większość tak zdobytego dobra, między innymi dzięki zawartości obiektu nr 4 gdzie była kupa złomu elektronicznego. Zresztą jak jakiś telewizor był oporny na moją działalność, też tam lądował.

Najgorszy moment z takim telewizorem to był kiedy wjeżdżałem na podwórko i trzeba się było zatrzymać. Wtedy mój pojazd z dużym obciążeniem z tyłu miał ochotę się wywrócić. A cała banda na podwórku miała dużą radochę widząc moją ekwilibrystykę. Ale potem, jak taki TV sobie łądnie pracował, to bardzo mieli ochotę, żebym dał jakiś w prezencie. Przypominałem im wtedy jak ryli się ze śmiechu na podwórku, jak łapałem wywracający się rower z TV i nie wykazywali najmniejszej chęci pomocy.

Z tych wystawek to się przywoziło różne rzeczy. Tak, że dosyć szybko nasz pokój miał własny automat do kawy, mikrofalę (potężnego smoka, co go trzeba było we dwóch podnosić), własną małą kuchenkę i inne drobiazgi typu toster, etc. Większość takich wystawkowych „skarbów” wymagała tylko drobnych napraw i dużego czyszczenia. „Perski” dywan, taki 3 na 4 metry też przywiozłem na rowerze, aż sobie nogi poobcierałem.

W międzyczasie chłopcy z Heimu pokazali mi, jak się zaopatrują w ciuchy. Pamiętacie kontenery na ciuchy na parkingach? One były tym źródłem „zakupów”. Wtedy nie były zamykane klapy, którymi wrzucało się ciuchy, tak jak dzisiaj. Tak, że bez problemu można było z nich coś wyciągnąć.

Byłem też w urzędzie, aby zorientować się jak wystartować sprawę o pochodzenie. Powiedziano mi, że to tylko żona może złożyć podanie, więc napisałem list do Polski, co by rodzinka się powoli pakowała i zjeżdżała do mnie.

Gdzieś pod koniec września wybrałem się z kolegą z sąsiedniego pokoju, aby obejrzeć jego pracę. Pracował (oczywiście na czarno) w polskim warsztacie samochodowym, który z przystanków robił samochody. Kolega był blacharz z zawodu, więc klepał, prostował i spawał,  się tak, aby po malowaniu autko było nówka nieśmigane. Tam to właśnie dorobiłem się pierwszego w życiu samochodu. Na placu stało kilka samochodów, których chłopcy nie chcieli już naprawiać. Między innymi Chewette.

http://www.oldskoolanthemz.com/forum/attachments/chillout-room/24015d1181580321-old-cars-dont-ya-just-love-em-vauxhall_chevette_1.jpg

 

Tak to wyglądało, tyle, że było srebrne. Siedziałem w nim parę razy, silnik odpalał od pierwszego przekręcenia kluczyka. Luzów nie było, jeździł normalnie (z tego, co po paru kółkach po placu mogłem stwierdzić). Więc kiedy przyjechał facet z wielkim kontenerem i taką wielką łapą chciał załadować Chewette na złom, to zawrzasnąłem:

-Dlaczego, to przecież fajne auto?

_daj 50 dych i jest Twoje, – na to właściciel warsztatu. Wysupłałem moje ostatnie pieniądze i tak kupiłem auto. Ale kupić kupiłem, ale co dalej. Ano dalej byłą na warsztacie beczka, w której lądowały stare tablice rejestracyjne. Znalazłem dwie jednakowe, na których nalepki były tylko parę razy zadrapane śrubokrętem, przykręciłem do auta i tak przyjechałem do Heimu. Samochód parkowałem bezczelnie na parkingu przed budynkiem. Tablice poprawiłem niezmywalnym mazakiem, tak, aby nie było widać podrapanych nalepek. Kiedyś nawet widziałem jak nasz Hausmeister ogląda auto i tablice, ale pewnie, że nie miał dostępu do rejestru nic się nie wydarzyło. I jeździłem tym autem, tak bez zarejestrowania, bez podatku do końca kwietnia następnego roku. Tankowało się za maksimum 5 marek, co by w przypadku przypadku nie zostawić za dużo benzyny w baku. Bo wymyśliłem sobie taką strategię – gdyby chciano mnie zatrzymać do kontroli, daję gazu, za następnym rogiem zostawiam auto i w długą. Więc praktycznie nigdy nic wartościowego, ani ważnego w aucie nie woziłem. Za to mój status w Heimie skoczył o parę kresek do góry. Bo byłą tylko jedna rodziną w Heimie, która z Polski uciekła maluchem, ten kolega, który sobie w tym polskim warsztacie „wyrychtował” starego Forda Eskorta, no i ja z moją Chewette. Więc woziłem ludzi za drobną opłatą „na paliwo”, a to do lekarza, a to na zakupy do pobliskiego Altenholza, a to w nocy po alkohol na stację benzynową. Pamiętam jak kiedyś stałem na ulicy przy stacji benzynowej, a chłopcy (sztuk trzy) poszli po alkohol. Nie ma ich i nie ma, a tu nagle ktoś puka w dach. Obracam się, a obok mnie stoi policyjny bus i policjant wychylony z okna pyta mnie o jakąś ulicę. Bo byli nietutejsi. Udało mi się wytłumaczyć, że ja też nietutejszy, ale co nerwów straciłem, to moje. Do tego te palanty na ”zakupach” okazało, się byli kraść. Dla mnie w prezencie ukradli litrową butelkę oleju samochodowego. Był to ich ostatni raz, kiedy ich wiozłem na zakupy. Bo jakoś taki mam charakter, że kraść nie lubię i bardzo nie lubiłem i nie lubię wszelkiej maści „patriotów“, co to odbierają Niemcom to, co nakradli w wojnę w Polsce. Jumacze nigdy nie byli moimi faworytami i starałem się od nich daleko trzymać.

Teraz bym czegoś takiego nie zrobił. Wtedy byłem młody bóg, nie było rzeczy niemożliwych.

Chewetta od początku miała problemy ze sprzęgłem, było po prostu zajechane. Najpierw naszukałem się jak głupi, jak już znalazłem, to problem był z pieniędzmi. Ale kupiłem…. I co? Przecież warsztat poza zakresem moich możliwości. Ale uprzątnąłem sobie trochę rowerowy garaż, za pomocą podnośnika i cegieł podniosłem sobie samochód tak, że stał na słupkach z ośmiu felg (bo też się w dużych ilościach walały po garażach) i zacząłem remont. Najpierw kupiłem sobie komplecik kluczy nasadowych, badziewie okrutne. Z ich powodów to prawie dostałem zakaz wstępu do Famili w Altenholzu, bo jak przyszedłem z reklamacją, bo klucze się rozłaziły jak z plasteliny, to PAN KIEROWNIK stwierdził, że to nie klucze badziewne, tylko ja mam za dużo siły w rękach. Prawie go pobiłem, ale jakoś jemu i mnie się udało. Kupiłem trochę lepsze klucze i heja. Skrzynię zdemontować jest łatwo. Wyjąłem sprzęgło, i …. No i dupa zimna. Nigdy w życiu nie robiłem nic przy samochodzie przed tym remontem, wujka Googla też nie było w tamtych czasach. Za cholerę nie mogłem tej skrzyni założyć, bo nie słyszałem o centrowaniu sprzęgła. Leżałem pod tym samochodem i płakałem z wściekłości, że to gówno nie chce wejść. Wiecie jak fajnie bolą ręce, jak się tak poszarpie ze skrzynią biegów, trzymając te ręce w górze? Nie wiecie? To się cieszcie. Leżałem pod tym autem tak ze dwa dni. Kolesie mi nawet kibicowali. A nawet byli kolesie mechanicy samochodowi, ale nikt mi nie pomógł, a nawet nie podpowiedział co zrobić. W końcu wpadłem na pomysł, żeby skombinować długie śruby, podłapać skrzynię i z pomocą kolegi z pokoju, który naciskał sprzęgło jakoś udało mi się dokonać cudu. Ośka wskoczyła, zmontowałem wszystko do kupy i byłem znowu mistrzem kierownicy. A skurwiel, który najbardziej się wyśmiewał, i przyjmował zakłady siedząc z piwkiem obok mojego „warsztatu“, że nigdy tej skrzyni nie założę, przyszedł tego dnia wieczorem z pytaniem, czy bym go do miasta nie zawiózł. Chyba nie muszę cytować, co usłyszał?

 

Diego, kochanie Ty moje – specjalnie dla Ciebie cos napiszę. A takiego mam lenia, że hej…

Zresztą samopoczucie też nie najlepszej ze – coś pompka szwankuje. Wczoraj zasypiałem cały dzień na stojąco, nawet jak gości miałem, to miałem problemy utrzymać otwarte oczy. Zasnąłem o 20-ej – obudziłem się 8-ej rano. A po południu byliśmy na małej wycieczce, bo słoneczko tak ładnie świeciło. Jak zjeżdżaliśmy pod Nord Ost-See Kanał w przejściu dla pieszych, to mało nie fiknąłem kozła na ruchomych schodach. Aż sobie usiąść musiałem. Ale teraz siedzę, to daleko nie polecę, jakby co J

 

Jak tam było z tym autem, tak było, ale jeździło. Szczęścia miałem więcej niż rozumu, ale w tamtych czasach kontrole zdarzały się jeszcze rzadziej niż dzisiaj.

Nadszedł czas, że wreszcie żonie udało się wszystko w Polsce dopiąć na ostatni guzik (sprzedać, co było do sprzedania) spakować się i dojechać. Przywiozła ją jej psiapsiółka samochodem. Ala miała 4-mce i jechała w koszyku wiklinowym, Artur niecałe 4 lata. Przyjechali 13 grudnia. Najpierw próbowaliśmy wystartować sprawę o pochodzenie w Kiel, co nie pasowało urzędnikowi. A jak się dowiedział, że ja jestem w Stohlu, to wysłał nas do Rendsburga. Tam oczywiście jak się dowiedzieli, że ja azylant, no to żonie też kazali jechać do Oelixdorfu. Ja tam się trochę pultałem z tym urzędnikiem (był taki młody gówniarz), a ten z mordą, że on nie rozumie, że tłumacza trzeba. Jakoś tak fajnie się złożyło, że w sąsiednim pokoju był akurat nasz Hausmeister z Heimu. A był to dosyć młody Niemiec, który był na zastępstwie u nas, bo standardowo mieliśmy małpkę ze Sri Lanki. No i tenże Hausmeister wjechał z mordą na urzędnika:

-Ty go nie rozumiesz?! Ciekawe, że ja go rozumiem, jak on przychodzi tłumaczyć wszystkim Polakom, jak coś potrzebują.  – Chodziło zaś o to, żeby załatwić, aby moja żona została jak najszybciej w Oelixdorfie przyjęta i załatwiona. No to urzędniczyna zaczął się tłumaczyć, że dobrze, że on już to załatwi, że zadzwoni, etc. A nasz Hausmeister wziął do ręki słuchawkę od telefonu:

-To dzwoń, na co czekasz?!

Nie miał wyjścia, zadzwonił i zabrał się za wystawianie biletów na pociąg. Ja zaś dorwałem Hausmeistra na korytarzu i poprosiłem go, czy by nie załatwił pieniędzy na paliwo, bo ja mam pożyczony od kolegi samochód. Załatwił i załatwił dla mnie przepustkę, bo do Oelixdorfu nie wolno mi było bez zezwolenia jechać. Przywiozłem żonę do obozu, udało się załatwić zakwaterowanie w małym budynku, gdzie warunki były w miarę normalne (brak arabusów). I nawet porozmawiałem z kierownikiem – myślałem, że uda mi się zabrać żonę tego samego dnia do „domu”, ale okazało się, że musi parę dni zostać, bo cały ten komputerowy kram z rejestracją trochę trwa. Obiecał zadzwonić do Heimu, kiedy Anię z dziećmi będzie można odebrać.

A w Heimie czekała mnie niespodzianka. Hausmeister przeprowadził moich kolegów z pokoju do innych pokoi, a nam przydzielił ten wielki pokój, w którym już mieszkałem. Było nawet łóżeczko dla dzieci.

 

Kiedy więc po kilku dniach odebrałem Anię, (bo tak zwą moją żonkę) z dzieciakami, mieliśmy pokój wielkości małego mieszkania. Podzieliliśmy to pomieszczenie szafami na schowek, gdzie stały rowery i różne bambetle, pokój dzieci, sypialnie, jadalnię i kuchnię. Jak już pisałem, sprzętów nie brakowało, byłem dobrze wyposażony.  Mieliśmy wielkie łóżko (zestawione dwa łóżka), wielki stół w części „jadalniowej” i naprawdę dużo miejsca. Artur szybko znalazł dzieci do zabawy, w Heimie mieszkała polska rodzina z bliźniakami mniej więcej w jego wieku. Nazywano bliźniaki „Bryle“, bo obydwoje nosili dosyć silne plusowe szkła. Alicja została maskotką wszystkich Polaków, bo faktycznie ciągle się śmiała i raczej nie należała do rozwrzeszczanych maluchów.

Ups, właśnie zauważyłem, że źle podałem wiek Ali, miała 9 miesięcy, jak dojechali do mnie.

Bardzo spodobało nam się, że gdy po pierwszej dostawie jedzenia zapytałem, jak mam czarnym chlebem i normalnym jedzeniem karmić Alicję – od następnego dnia dostawaliśmy dla Ali jedzenie dla dzieci. Te wszelaki słoiczki z jedzeniem dla maluchów, etc.

Z tego pobytu zapamiętaliśmy kilka zdarzeń. Odwiedziła nas kiedyś Ani siostra, była u nas półlegalnie, bo odwiedziny raczej nie były przewidziane w Heimie. Obok nas mieszkała młoda para z Jugosławii. Facet był jakiś ostro pokręcony, okropnie zazdrosny o swoją dziewczynę. Jak wychodził z pokoju, przywiązywał ja do krzesła i tego typu numery. Siedzimy sobie któregoś wieczoru z dzieciakami i szwagierką przy kolacji, gdy nagle z wielkim krzykiem wpada do nas młoda jugolka.  Z ramienia tryska jej jak z kranu strumień krwi. Na szczęście jugola już ktoś na korytarzu obezwładnił, bo gnał za nią z wielkim kuchennym nożem. Założyłem dziewczynie opaskę uciskową i popędziłem do telefonu (mieliśmy normalny automat telefoniczny na korytarzu, przy biurze małpki) i jakoś wytłumaczyłem policji, że potrzebna karetka, że dziewczyna krwawi itd.) . Pojawili się nawet szybko. Wkurzył mnie jeden z sanitariuszy, bo bardzo był zbulwersowany, że założyłem opaskę uciskową. Wyraźnie tryskająca krew z tętnicy miałem opatrzyć tak sobie, lekko z góry przyciskając tampon. No, ale dziewczynę zabrali, jugola zamknęli, a moja szwagierka zapamiętała te odwiedziny na zawsze.

Do pokoju naprzeciwko nas wprowadziło się murzyńskie małżeństwo. Parka z dzieckiem. Facet wyglądał jak bawół, wielki, potężnie zbudowany czarnuch. Wyższy o pół głowy ode mnie, szerszy dwa razy, rękę miał jak bochenek chleba. Rano zawsze sprzątało korytarz dwóch Hindusów, takich fajnych gostków w Turbanach. Zamiatali, wycierali na mokro. Tego dnia nawet trochę poczekałem przed wyjściem na korytarz, bo było mokro. Wracam do pokoju i widzę czarnego jak zamiata u siebie w pokoju. Wszedłem do nas i mówię do Ani, jaki to porządny murzyn, żona siedzi a ten sprząta. Wyglądam za chwile na korytarz, a czarny wysypuje właśnie zawartość szufelki przed swoje drzwi, na świeżo umyty korytarz. Więc ja do niego, że tu świeżo posprzątane, że śmietniki są na zewnątrz. Oczywiście więcej na migi, bo gość był francuskojęzyczny, a mój francuski z ogólniaka to wystarczał na „Boju”. Gościowi poszła para z płaskiego nochala, już się widziałem z rozkwaszoną jego wielką łapą gębą, a ten zaczął kwiczeć jak zarzynane prosię i pobiegł do Hausmeistra. Poskarżył się, prawie płacząc, że za sąsiada ma jakiegoś strasznego rasistę, i ten rasista jego, biednego Murzynka prześladuje.

Tak sobie myślę, że jak cuś Wam tu nie naskrobię, to do tej operacji nie dożyję, bo zostanę zlinczowany. Więc aby podnieść moje szanse na przeżycie paru jeszcze latek, skrobnę co nieco.

 

W Heimie było wesoło. Ale jak to w Heimie, ludzie pili, były awantury, wrzaski, krzyki. Do pełna dzban dopełnili Palestyńczycy i Cyganie. Tam wreszcie zrozumiałem, dlaczego w Izraelu tępi się Palestyńczyków. Teraz, gdyby mi dali licencję na odstrzał, to od razu bym tam pojechał i tępił to bydło. „Nasi” Palestyńczycy na przykład, gdy naszła ich ochota, aby sobie coś ugotować ( a gotowali swoje cuchnące mamałygi, bo oni „musieli utrzymywać swoją kulturę“) – wpadali do kuchni i wystawiali wszystkich i wszystko. Bo teraz oni. Taki Palestyńczyk potrafił stanąć na schodach przed wejściem, wyciągnąć fajfusa i polewać schody i okolicę. Może są na świecie Palestyńczycy, którzy potrafią się zachować jak ludzie, ale to jednak zawsze będą brudne arabusy i nazywajcie mnie rasistą, ale….. Cyganie mieli inny fajny zwyczaj. Zakwaterowali kilka cygańskich rodzin na piętrze. Cyganom z jakiegoś powodu nie odpowiadały toalety. Rżnęli więc do woreczków foliowych i takie bomby wyrzucali przez okno na trawnik.

Rodzice „Bryli” zaczęli szukać mieszkania i jak kiedyś się wybierali jedno oglądać, to zabrali mnie jako tłumacza, co by pomóc w urzędzie. Mieszkanko znaleźli u „polskiej” rodzinki w Klein Vollsted. No i jak byliśmy w Socjalu, coby załatwić formalności, jakoś tak z głupia frant zapytałem pani Frahm czy nie ma tu w okolicy innych chętnych, aby azylantom wynająć mieszkanie. No i pani dała mi adres w Gnutz, gdzie to miał być do wynajęcia domek. Podjechaliśmy tam zaraz, bo było to w okolicy. W domku nie było nikogo, ale sąsiadka Hanne-Lore miała klucze i nas wpuściła. Trochę mnie wnętrze podłamało, bo wyobraźcie sobie dwa pokoje, jeden wymalowany olejną farbą na ciemno zielono, a drugi na granatowo (łącznie z sufitem). Piece na węgiel, łazienka na szczęście z elektrycznym bojlerem, ale za to bez ogrzewania, jakoż i trzeci pokój też nieogrzewany. No, ale były to trzy pokoje, przedpokój, kuchnia, łazienka, dwa duże pomieszczenia gospodarcze, strych, duża szopa-garaż, olbrzymi ogródek i uliczka na końcu wsi, więc spokój i cisza.  Więc podjechaliśmy do właściciela, pana Wischowskiego, który za wsią prowadził skup złomu. Pan Wischowski nie miał nic przeciwko Polakom, więc umówiliśmy się następnego dnia w Socjalu, coby dogadać szczegóły. Jeszcze tego samego dnia zapakowałem Anie do auta, o pojechaliśmy do Gnutz, aby naszą „willę” obejrzeć. Chyba zbyt szczęśliwa nie była, ale przekonałem ją, że wszystko jest lepsze od palestyńczykó, cyganów, murzynów i (przepraszam,ale tak jest) zapitych Polaków.

Nazajutrz spotkałem się więc z panią Frahm i Wischowskim w Socjalu. Walnąłem gadkę, jak to ja, jako porządny azylant najpierw chcę się grzecznie spytać, czy pani Frahm mnie przyjmie, (bo oni mieli płacić czynsz) etc. Jako, że Wischowski chciał za ten dom 100 Marek czynszu, więc problemu nie było. Ja wtedy zapytałem naszej pani z Socjalu, czy mógłbym dostać jakąś zaliczkę, bo to koniec m-ca, pieniędzy nie ma, a przeprowadzka trochę kosztuje. Okazało się, że zaliczki a konto socjalu dostać nie mogę. A wtedy Wischowski sięgnął do portfela i dał mi 200 Marek, twierdząc na dodatek, że on mi to daje, a nie pożycza. Dodać muszę, że oddaliśmy mu te pieniądze zaraz z następnego socjalu. Dalej potoczyło się bardzo szybko. Z pomocą Józka, naszego przyjaciela Czecha, zwanego w Heimie pieszczotliwie „Pepikiem”, wynajęliśmy busa, i cztery razy obracając (plus jeden kurs do pełna załadowaną Chewettą) pożegnaliśmy Heim w Stohlu. Okazało się, że od Socjalu dostaniemy pieniądze na remont. Bo pani Frahm, jak zobaczyła te granatowe i zielone ściany, to sama nam to zaproponowała. Wischowski powiedział nam również, że wszystkie stare meble możemy wyrzucić i robić, co chcemy, aby tylko ściany zostały. Więc zabraliśmy się raźno do roboty. Wtedy też przeżyliśmy następny szok – w sklepie z farbami, tapetami etc. otworzono nam konto. Bo pani powiedziała, że przy takim remoncie to nigdy nie wiadomo, co będzie jeszcze potrzebne, więc mamy powiedzieć jak już zakończymy remont i nic nie będzie więcej potrzebne – to ona już się z socjalem sama rozliczy.

Na pierwszy ogień poszedł pokój dzieci – niebieskie tapety w chmurki i baranki będę pamiętał do końca życia. Bo to było pierwsze tapetowanie w moim życiu.

Dieser Beitrag wurde unter Witaj, Dojczlandzie... veröffentlicht. Setze ein Lesezeichen auf den Permalink.

Ein Kommentar zu Witaj, Dojczlandzie, wersja blogowa…

  1. linka9 sagt:

    Witam,
    bardzo mi się podoba Pańska opowieść, tym bardziej, że sama pochodzę z okolic Kłodzka, a teraz pracuję w Niemczech.
    pozdrawiam
    Michalina

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.