By było, czyli jak zostałem kuniem…

Wesoło jest, a właściwie wesoło się zaczęło.

Do pociągu wsiadłem już z takim stresem na karku, że szkoda gadać (no i gadać nie będę).

Pierwszy raz w Niemczech udało mi się jechać w pociągu, jakby był to osobowy Kraków – Kołobrzeg. Pełno było tak, że dało się tylko stać, a i to niewygodnie, bo pełno wszędzie było bagażów. Na szczęście podróż miała być wieloetapowa, więc pierwszy pociąg miał mnie dowieźć tylko do Hamburga. No ale nie dość, że pełny, to jeszcze udało mu się na krótkiej trasie złapać 15-cie minut opóźnienia. W Hamburgu musiałem więc cwałować (po pełnym dworcu), aby złapać moje połączenie. A był to ICE, więc na regionalne połaczenia takie nie czekają. Z tego cwałowania nie zauważyłem, że z odstępem 10 minutowym ruszają w moim kierunku DWA ICE. A że było już praktycznie po czasie odjazdu, udało mi się zapytać konduktora czy tenże pociąg jedzie do Kassel (tam mialem następną przesiadkę). Ten potwierdził, więc zacząlem szukać mojego zarezerwowanego miejsca. Nie tylko miejscam ale i wagonu nie znalazłem, bo jak się można domyślić siedziałem, a właściwie wędrowałem w złym pociągu. Ten co prawda faktycznie jechał do Kassel, ale dojeżdżał tam 5 minut po odjeździe mojego połączenia.

Nic to – pomyślałem sobie – przecież taki mały osobowy pewnie będzie miał opóźnienie, albo poczeka na ICE.

No i trafiłem, opóźnienie miał, ale mój ICE – prawie 40 minut później niż powinien dojechał do Kassel. Na dworcu zero informacji gdzie może odjeżdżać pociąg do Altenbeken. Więc znowu cwał do informacji, po to tylko, aby się dowiedzieć, ze mój pociąg właśnie odjeżdża z peronu 10-ego. Cwał na peron – może jeszcze stoi. A muszę wyjaśnić, że dworzec w Kassel ma wyjątkowo długie perony, a mój plecak był wyjątkowo wyłądowany. Odczekałem więc moją godzinkę, aby złapać następne połączenie. W międzyczasie było wydzwanianie na kwaterę gdzie miałem nocować.  No i jakże by inaczej, komórka też się zaczęła pultać, że akumulator pusty. Jeszcze dodzwoniłem się do domu, żeby Ania dałą znać na kwaterę, że zamiast o 20-ej pojawię sie przed 11-tą. Na szczęście właścicielka pensji wpadła na pomysł, żeby taksówkę na dworzec podesłać. Nastęne dwa połączenia jakimś cudem zafunkcjonowały i dotarłem do Bad Driburg. Dzień pierwszy zakończyłem w spokojnym, czystym łóżeczku.

 

A o tym kuniu, to jeszcze będzie, nie bójcie żaby…

Dieser Beitrag wurde unter Bad Driburg 2010 veröffentlicht. Setze ein Lesezeichen auf den Permalink.

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.